Wywiad: Billy Graziadei / Biohazard

24.11.2013

Najlepszą częścią prowadzenia tego magazynu są wywiady. Najlepsze w wywiadach, i tu może zaskoczenie, nie jest to, że mogę się spotykać z zespołami które stanowią mój muzyczny świat. Najbardziej cenną rzeczą w wywiadach i ostatecznie w tym, co tu robię, jest możliwość spotykania wyrazistych, kreatywnych, inteligentnych, silnych lub wrażliwych ludzi, jakich spotykam w osobach muzyków, z którymi do tej pory miałem okazję rozmawiać. Każdy wywiad to spotkanie z innym człowiekiem i często myślę o tych rozmowach nawet długo po tym, jak artykuł jest już ukończony i opublikowany. Spotkanie z Billym Graziadei, wokalistą/gitarzystą corowo-metalowo-rapowej bestii Biohazard przed ich koncertem w Warszawie było jednym z takich spotkań. Dlaczego? Dlatego, że nie często spotyka się osobę, która byłaby tak prawdziwa, szczera i pełna pasji. Dokładnie taka, jak twórczość jego zespołu.

Witaj Billy, dziękuję za twój czas na odbycie tej rozmowy. Chciałbym zacząć od pytania o to, dlaczego robisz to, co robisz. Biohazard działa już ponad 20 lat i w przypadku zespołów, które grają tak długo, zawsze zastanawiam się, co sprawia, że one wciąż to robią. Naturalnie nasuwającą się odpowiedzią byłaby pasja i miłość do muzyki. To nie podlega wątpliwości, jakkolwiek pasja to jedno, a codzienna rzeczywistość to drugie. Kilka dni temu na waszym facebookowym profilu umieściłeś post z informacją, że zepsuł wam się autobus i że wszyscy chorują. Jesteś więc na trasie tu w Europie, jest zimno, twoi bliscy są daleko, autobus się psuje, ludzie chorują. Czy pytasz czasem sam siebie „dlaczego ja to właściwie robię?”.

Myślę, że każdemu zespołowi nie przychodzi łatwo radzenie sobie ze wszystkimi sytuacjami, które wydarzają się przez te 23 godziny trwania doby. Jednak zdecydowanie warto się z tym zmagać dla tych 60 czy 90 minut, kiedy jesteś na scenie. Czasem te 23 godziny mijają świetnie, a czasem możesz np. dostać jakąś wiadomość z domu lub wydarzą się inne rzeczy, które cię totalnie zdołują. Ale kiedy wychodzę na scenę, przez ten czas, kiedy tam jestem, zapominam o wszystkim w moim życiu, zarówno dobrym i złym. Jestem tak mocno zanurzony w tym momencie, że to działa na mnie prawie jak terapia. Był czas w moim życiu, kiedy odwiedzałem terapeutów czy chodziłem do psychologa, ponieważ miałem różne problemy, gdy dorastałem, ale granie na żywo to również terapia, w dodatku darmowa. Kiedy widzisz tych wszystkich szalejących ludzi, to wyzwala w tobie wielką energię. Ta energia pozwala ci uciec od wszystkich problemów, które cię przygniatają. Obojętnie czym one są, czy to kłopoty w domu, szkole, pracy, związku czy rodzinie. Ten mechanizm wykracza poza bariery kulturowe i językowe. Widzę to w naszej relacji z publicznością. To nie zawsze się dzieje podczas pierwszego utworu. Czasem może to być trzecia lub ostatnia piosenka, ale kiedy patrzę ludziom w oczy, to widzę tę zachodzącą w nich przemianę. Widzę, jak uwalniają z siebie wszystko, co negatywne w ich życiu. Oczywiście po zejściu ze sceny problemy nie znikają. One wciąż tam są, ale ta energia, którą z tego czerpię, nadaje temu wartości. Inaczej bym tego nie robił.

Poza tym wiesz, na samym początku zaczęliśmy tworzyć razem muzykę, ponieważ po prostu dobrze nam się razem grało. Mieliśmy więcej frajdy z bycia w sali prób niż z robienia tych wszystkich rzeczy, które działy się na ulicach Nowego Jorku. Narkotyki, przemoc, przestępstwa. Tak więc patrząc na to z perspektywy czasu, ten zespół nas uratował. Oczywiście to wszystko przez lata bardzo się zmieniło i ewoluowało. Na samym początku byliśmy dzieciakami z Nowego Jorku, które od czasu do czasu wyjeżdżały z domu na koncerty. Potem zaś staliśmy się ludźmi, którzy praktycznie żyli w autokarze czy busie i którzy wracali z trasy do domu raz na jakiś czas. Jednak w miarę jak zespół sie rozwijał i my dorastaliśmy jako ludzie, cały ten proces tak naprawdę zatoczył pewne koło. Był czas, w którym branża muzyczna się zupełnie zmieniła. Ludzie przestali kupować płyty i nie było już możliwości utrzymania się z grania, tak więc zorganizowaliśmy sobie inne sposoby zarabiania na życie. Tak naprawdę obecna sytuacja jest trochę podobna do początku naszej działalności. Wtedy ja zupełnie nie znałem tej branży. Interesowała mnie tylko sama muzyka, nie obchodziło mnie wszystko to, co się dzieje wokół niej. I teraz jest podobnie. Teraz to nie jest moja praca. Robię inne rzeczy, które umożliwiają mi utrzymanie rodziny, tak więc jestem tutaj, ponieważ tego chcę. Jeśli spytasz mnie, czy ciężko mi jest kiedy nie mogę często rozmawiać z moim synem, to tak. Brakuje mi tego, ale ponownie ta godzina na scenie, ten moment, ten wyjątkowy czas, który możemy spędzić dziś w Warszawie czy wczoraj w Lipsku sprawia, że to wszystko jest tego warte. Inaczej bym tego nie robił.

Billy Graziadei, Warszawa 04.11.2013

fot.Tomasz Pulsakowski

Wydaje mi sie, że bycie muzykiem ma swoją wysoką cenę, szczególnie w kontekście życia rodzinnego. Pamiętam, że w zeszłym roku z okazji Dnia Ojca wytwórnia Roadrunner Records zapytała kilku znanych muzyków jak oni balansują życie rodzinne z poświęceniami, które są związanie z graniem w zespole rockowym. Artykuł ten zawierał świetną wypowiedź Robba Flynna z Machine Head, który m.in. stwierdził, że przez trasy ominęło go mnóstwo ważnych momentów w życiu jego dzieci; pierwsze ząbkowanie, pierwszy krok, pierwsze słowo. I wiesz, te chwile są niepowtarzalne. Nie będzie drugiego pierwszego kroku.

Jest takie stare powiedzenie, że “prawdziwy artysta umiera za swoją sztukę”. W naszym przypadku “umieranie” to niedoświadczanie tych wszystkich rzeczy. To jest bardzo bolesne, wręcz cię zabija. Jednakże dla mnie to, że tu jestem i robię to co robię, jest zgodne z tym, co czuję w moim sercu, a to z kolei jest cenna lekcja dla moich dzieci.

Powróćmy teraz na chwilę do waszych pierwszych albumów, w szczególności do okresuUrban Discipline” i “State Of The World Address, kiedy to Biohazard osiągnął spory sukces. Wy zawsze podkreślacie w wywiadach, że byliście tylko dzieciakami z Brooklynu, które kochały muzykę i nie dbały o nic innego niż granie. Chciałem więc cię zapytać, czy to wszystko, co się działo po wydaniu tych dwóch płyt nie było dla was trochę nierzeczywiste? Kilka milionów sprzedanych płyt, światowe trasy, międzynarodowe uznanie. Nie jestem pewien czy to prawda, ale natrafiłem na informację, że wasz teledysk do utworu “Punishment” był najczęściej puszczanym klipem w historii legendarnego programu “Headbangers Balls” w MTV. Jak ty wspominasz tamten okres?

Mogę tylko mówić w swoim imieniu, ale jestem dumny z tego, że przez cały ten czas stąpałem twardo po ziemi.

Jak ci się to udało?

Na początku naszej działalności naszej muzyki słuchały tylko cztery osoby i były to nasze dziewczyny. Potem nagle w naszej w sali pojawiło się 8 osób i dla mnie to już było super. W przypadku Biohazard wszystko opierało się na realistycznych celach. Wcześniej grałem w kapeli punkowej i naszym celem było zagranie w CBGB [legendarny klub w Nowym Jorku]. Ten zespół się rozpadł, ale w CBGB udało mi się wystąpić z Biohazard. Potem pojawił kontrakt z wytwórnią, potem kolejna rzecz i następna. Nam nigdy nie chodziło o podbój świata. Nigdy nie interesowała nas biznesowa strona muzyki. Nigdy nie próbowaliśmy być kimś, kim nie byliśmy. Wszystko działo się naturalnie, dlatego ja nie miałem problemów, żeby poradzić sobie z tą sytuacją.

Muzyka chyba zawsze zawiera w sobie odbicie tego, kim dany artysta jest jako człowiek. Myślę, że m.in. dlatego wielu muzyków mówi, że album jest pocztówką z danego okresu ich życia. Biohazard wydał do tej pory 9 płyt studyjnych. Czy byłbyś w stanie określić, kim byłeś jako człowiek w momencie tworzenia lub wydania danej płyty? Bądź też czy widzisz ten związek pomiędzy życiem wyrażonym w muzyce i danym okresem czasu?

Jesteśmy produktem wszystkich naszych doświadczeń i przeżyć. Wszyscy ludzie, których spotykamy, wszystkie miejsca, które odwiedzamy, to wszystko, czym się dzielimy z ludźmi w życiu, zarówno dobre, jak i złe. Płyty są odbiciem naszego rozwoju jako ludzi, artystów, jako zespół. Nawet ich tytuły to wyrażają. Od pierwszego albumu “Biohazard”, który w zasadzie był pewną formą zawierzenia nas muzyce. Nazwanie go po prostu nazwą zespołu pokazuje, że wtedy nie wiedzieliśmy, czy będziemy żyć następnego dnia. Tym dla nas był Biohazard. To było wszystko, co mieliśmy. Nie rozważaliśmy innego tytułu. Nie wiedzieliśmy, czy będziemy żyli jutro czy za rok, a co dopiero czy nagramy jakikolwiek inny album. Następna płyta “Urban Discipline” nazywała się tak, ponieważ opowiadała o życiu, które wtedy znaliśmy. To była płyta o problemach życia i dorastania w ówczesnym Nowym Jorku. A gdy zaczęliśmy jeździć w trasy promujące ten album, a było ich sporo, kolejny album nazwaliśmy “State Of The World Address” [nawiązanie do “State of the Union address– corocznego wystąpienia amerykańskiego Prezydenta przed Kongresem prezentującego obecną sytuację w kraju]. Ten tytuł powstał w wyniku podróży, kiedy poznając różnych ludzi oraz kraje, zrozumieliśmy, że pewne rzeczy mają wymiar globalny i są tak samo popieprzone w Nowym Jorku, jak i w innych miastach świata. Mówi się czasem, że “życie oddaje sztukę, tak jak sztuka odwzorowuje życie”. I tak jest w naszym przypadku. Dla nas sztuka zawsze oddaje to, co się dzieje w naszym życiu. To działa jak lustro.

Porozmawiajmy teraz o ego. Ja mam ego, ty masz ego, każdy z nas je ma, większe lub mniejsze i wydaje mi się, że w obszarze kreatywności dzielonej z innymi, czyli jak np. w przypadku tworzenia muzyki, w pewnym momencie dochodzi do starcia właśnie indywidualnych ego. Ktoś może mieć pomysł, który nie będzie się podobał reszcie zespołu itp. W twoim przypadku myślę, że możesz mieć jeszcze dodatkową perspektywę na ten temat, gdyż nie tylko grasz w zespole, ale jesteś również producentem. Pracujesz zatem z ludźmi, którzy stworzyli swoją muzykę i bardzo możliwe, że odbierają ją jako najlepszą na świecie, ale przychodzą do ciebie i muszą zmierzyć się z twoimi opiniami lub sugestiami dotyczącymi ich utworów. W oparciu o twoje doświadczenia jak bardzo ego jest obecne w procesie wspólnej kreatywności?

Kiedy budzisz się rano pierwsza rzeczą o jakiej myślisz jest albo to, że chce ci się pić albo to, że musisz się odlać. Na pierwszym miejscu zawsze stawiamy siebie. To się zmienia i stajesz się mniejszym egoistą, kiedy masz rodzinę, gdyż wtedy musisz najpierw zatroszczyć się o dziecko, zanim pomyślisz o samym sobie. W muzyce mniejsza koncentracja tylko na samym sobie może być osiągnięta poprzez trzymanie języka na wodzy i współpracowanie z innymi ludźmi. Myślę, że to jest klucz do sukcesu. Z takim podejściem łatwiej ci będzie osiągnąć to, chce chcesz zrobić, czy jest to napisanie piosenki czy stworzenie zespołu. Wszystko to, czego doświadczyłem z Biohazard, pomogło mi być lepszy producentem, gdyż uwierz mi, natrafiłem na każdy możliwy typ konfliktu personalnego. Ja jestem gościem od pomysłów. Kiedy pracuję z jakimś zespołem zarzucam ich moimi pomysłami, potrafię wystrzelić z siebie 50 sugestii w jakieś 10 minut. Robię to, gdyż jako producent uwielbiam wyciągać z ludzi coś, co ich ulepszy, podniesie wartość artystyczną. Tak jak z naszym dzisiejszym supportem – Arhythmią. Pracowałem z nimi prawie przez rok, byliśmy razem w studio, teraz wziąłem ich z nami w trasę. Obserwacja postępu, jaki zrobili, sprawia mi wielką radość.

A wracając do kwestii ego, ja uważam, że najlepsza sztuka powstaje w wyniku konfliktu. Kiedy dwóch artystów ma jakiś pomysł, będą o niego zaciekle walczyć. Jeśli dojdą do jakiegoś kompromisu, to żaden z tych pomysłów nie zostanie w pełni wdrożony, tak że ten muzyk, który jest bardziej w niego zaangażowany, może się poczuć skrzywdzony, ale to wszystko działa na korzyść wartości samej piosenki.

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
Możliwość komentowania Wywiad: Billy Graziadei / Biohazard została wyłączona
 

Komentowanie wyłączone.

 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.