Wywiad: Daniel Bernath / Syqem

16.11.2012

Przypadek niemieckiego zespołu Syqem jest przykładem, który potwierdza, że warto harować na muzycznej hałdzie. Warto przekopywać, przewalać i przebijać się przez stosy mało wartościowej lub niezbyt poruszającej muzyki, by gdzieś pośród tego zwałowiska odtwórczych dźwięków natrafić na jeden szlachetny kamyczek, który bije blaskiem oryginalności. Brylancik ten doceniliśmy już w naszej recenzji najnowszej płyty Syqem, a w ramach bliższego przyjrzenia się jego barwom i kształtom postanowiliśmy przeprowadzić z zespołem wywiad. O tym, jak się szlifuje kruszec, o wyobraźni, snach oraz kilku innych rzeczach porozmawialiśmy z wokalistą i gitarzystą kwartetu z Hamburga – Danielem Bernathem.


Witaj Daniel. Pozwól, że zacznę od pytania o waszą dyskografię. Wydaje mi się, że to dosyć rzadkie, by zespół nagrywał aż 4 EPki przed zrealizowaniem debiutanckiego albumu. Czy wydanie pierwszej, pełnometrażowej płyty zajęło wam aż 10 lat, ponieważ chcieliście wykorzystać ten czas na ukształtowanie stylu, tak by mógł on rozkwitnąć w pełnej formie na waszej debiutanckiej płycie?

Dokładnie tak. Zaczęliśmy grać, kiedy jeszcze nie było Facebooka, więc w tamtym czasie mogliśmy pozyskiwać słuchaczy głównie poprzez granie w rozmaitych lokalnych centrach młodzieży lub na małych festiwalach. Te doświadczenia wiele nas nauczyły. Styl naszych wcześniejszych utworów nie odbiega zbytnio od obecnych kompozycji, jednak najnowsze numery są znacznie bardziej spójne i ta cecha wykształciła się dzięki obserwowaniu reakcji publiczności na nasze utwory. Niektóre piosenki działały na ludzi, inne nie za bardzo. W tamtym czasie pisaliśmy 10-minutowe kawałki, bo wydawało nam się, że gramy jak Tool, a tam, gdzie mieszkamy, publiczność na koncertach potrafi być czasem ostra. Szczególnie jeśli nie zna cię z płyt i ma kontakt z twoją muzyką po raz pierwszy. Fani często w bezpośredni sposób dają ci znać o swoich odczuciach np. poprzez buczenie, ale tego typu szczere opinie ludzi nam akurat pomogły. Sądzę, że jest za dużo zespołów wydających płyty zbyt szybko, bez poświęcenia odpowiedniej ilości czasu na rozwój i ukształtowanie swojej muzyki. My chcieliśmy zrobić wszystko co możliwe, by ten album był wyznacznikiem naszego stylu, obojętnie do jakiego nurtu zostaniemy przypisani.

Wasza druga EPka nazywa się „Dzien”. To słowo brzmi jak polskie słowo oznaczające „dzień”. Przypadek?

Nie, to był świadomy wybór. Na tej EPce tytuły były wyrażone w rożnych językach: niemieckim, portugalskim, włoskim, polskim. Przykładowo jeden  z utworów na tej płycie jest zatytułowany „Licht”, co po niemiecku znaczy „światło”, ale gdy ja wypowiadam to słowo w ojczystym języku, to odczuwam je inaczej, niż np. wtedy, gdy po angielsku używam wyrazu „light”. Podobnie z „dzien”. Pomimo że oznacza „dzień”, kiedy ja wymawiam to słowo, odbieram je inaczej. Uwielbiam jego brzmienie. Poza tym moja dziewczyna urodziła się w Polsce, co także miało wpływ na wybór polskiego słowa. Zabawne, że niektórzy klasyfikują naszą muzykę jako „djent”, a może tak naprawdę chodzi im o „dzient”?

(śmiech) Chyba właśnie powołałeś do życia nowy gatunek muzyczny. Porozmawiajmy teraz o waszej debiutanckiej płycie. „Reflections of Elephants” jest zainspirowana życiem i twórczością Salvadora Dalego. Dlaczego Dali?

Dali dla mnie jest prototypem artysty dzisiejszych czasów, czyli miotającego się pomiędzy sztuką, a chciwością. Zaczynał jako niewinny geniusz z wizją, a skończył jako bogaty starzec umierający samotnie. Może to podsumowanie jest zbyt dużym uproszczeniem, ale myślę, że w skrótowej formie oddaje tragizm jego życia. Poza tym relacja artysty z jego muzą – Galą – była kolejnym wyznacznikiem treści moich tekstów. W 2009 roku pojechaliśmy z chłopakami z zespołu na wyprawę do Hiszpanii, m.in. do Barcelony i Portlligat, gdzie znajduje się dom Dalego i ta podróż sprawiła, że udało mi się ich przekonać do jego twórczości. Wybierz się kiedyś do Portlligat, odwiedź jego dom, wtedy zrozumiesz, co i dlaczego nas tak mocno zainspirowało.


Syqem (od lewej): Stefan Kopetsch – perkusja / Thomas Bernath – bas, sample / Daniel Bernath – gitara, wokal / Benjamin Shibata – gitara

W mojej recenzji tej płyty napisałem, że Syqem i Dali mają jedną cechę wspólną – wyobraźnię. Wasze kompozycje z jednej strony są wymagające i bogate dźwiękowo, a z drugiej bardzo chwytliwe i melodyjne. Płyta zawiera również wiele innowacyjnych pomysłów i rozwiązań, jeśli chodzi o konstrukcje utworów. Oczywiście nie można pominąć gęstego pasma sampli, które aż buzuje całą gamą niesamowitych dźwięków elektronicznych. To wszystko mówi mi, że z pewnością macie bogatą wyobraźnię i trzymając się tej myśli, chciałbym cię zapytać, czy byłbyś w stanie zdefiniować wyobraźnię? Czym ona dla ciebie jest, czy jest w twoim życiu ważna?

Czasami dobrze jest nie oceniać swoich własnych myśli. Wszyscy jesteśmy zamknięci w małej klatce swojej własnej głowy, która niekiedy powstrzymuje nasze pomysły, podszeptując, że „coś nie jest wystarczająco dobre” lub że „tak się nie powinno”. Kiedy ja piszę muzykę, po prostu uwalniam swoją wyobraźnię i pozwalam jej płynąć. Efekty bywają różne. Nie uwierzyłbyś, jak niektóre partie wokalne brzmiały w swoich pierwotnych wersjach, kiedy właśnie popłynąłem z wyobraźnią. Było bardzo źle… (śmiech). Jednak zawsze to dobry punkt wyjściowy. Po pierwszym przepływie wyobraźni przychodzi ciężka praca, podczas której przerabiam zlepek pomysłów w piosenkę mogącą skomunikować się ze słuchaczem.

Ostatnie pytanie dotyczące pana z podkręconym wąsem. Dali, czyli jeden z głównych przedstawicieli nurtu surrealistycznego w malarstwie, powiedział kiedyś: „Surrealizm jest niszczycielski, ale on niszczy tylko to, co uważa za przeszkodę ograniczającą naszą wizję”. Czy byłbyś w stanie odnieść tę myśl do waszej muzyki?

Uwielbiam tworzyć muzykę bez nadmiernej analizy. Dobrze jest od czasu do czasu pozwolić podświadomości, by całkowicie tobą zawładnęła, szczególnie kiedy nachodzą cię pomysły. Tak naprawdę to jedyny sposób poznania ukrytego w tobie artyzmu. Dlatego też w moim przypadku najlepsze pomysły pojawiają się, kiedy jestem sam. Pozbywam się wtedy głównej przeszkody ograniczającej wizję kontroli społecznej. Taką swobodę czuję również w snach, kiedy nikt na mnie nie patrzy. Chciałbym móc nagrywać swoje sny. Często śni mi się wiele świetnych piosenek, ale rano zupełnie ich nie pamiętam. A może tak naprawdę wrażenie, że one są tak dobre, bywa tylko moim sennym marzeniem… (śmiech).

Więc pamiętasz głównie nastrój, charakter piosenki z danego snu, a nie konkretne riffy czy chwyty, które ją tworzą? Mógłbyś opowiedzieć, co widziałeś lub czułeś w jednym z takich snów?

To się dzieje w różny sposób. Często śni mi się jakaś sytuacja, a może to też być konkretny dźwięk. Mogę np. być w półśnie, słuchając w tle radia, gdzie pojawi się jakiś rytm perkusji, który zwróci moją uwagę. Sny mają wpływ również na moje teksty. Tak było w przypadku pisania słów do “The Artist”. Zainspirował je sen o martwej pustyni w możliwej przyszłości z piasków której wystawał obraz we framudze. Wszystko było w szarych, niewyraźnych kolorach. Ten widok mnie prześladował. Sprawił, że coś poczułem. Właśnie to powoduje, że zapamiętuję sny lub ich fragmenty. Kiedy po przebudzeniu wciąż czuję wywołaną we śnie emocję.

To może być niewidoczne dla kogoś, kto nigdy nie miał okazji być po „drugiej stronie” muzyki, czyli grać na instrumencie czy też być w zespole. Ja dawno temu miałem krótką przygodę z graniem w amatorskim zespole i bazując nawet na tym bardzo skromnym doświadczeniu, wydaje mi się, że wszystkie elementy, które składają się na profesjonalne zaangażowanie w muzykę, czyli nauka gry na instrumencie, ćwiczenia solo, ćwiczenia z zespołem, poznawanie sprzętu, nagrywanie, oczywiście również komponowanie, wszystko to wymaga wiele wysiłku, czasu i determinacji. Jako treść tego pytania początkowo chciałem zacytować fragment twojego tekstu z piosenki „The Artist”, w którym pojawia się zdanie „Czy to wszystko jest tego warte?” (org. „Is it all worth it?”). Jednak po chwili to pytanie naturalnie się przekształciło w zdanie: Dlaczego to wszystko jest tego warte?

Jeśli poważnie traktujesz granie, to bycie muzykiem jest jedną z najbardziej czasochłonnych prac, jakie możesz sobie wyobrazić. Poza tym tworzenie muzyki na naszym poziomie kosztuje mnóstwo pieniędzy, musimy więc mieć stałe prace poza zespołem i taki układ jest czasami mocno frustrujący. Z drugiej jednak strony kochamy to, co robimy. Uwielbiamy komunikować się z naszymi fanami, przeżywać wspaniałe momenty, których nie da się kupić za pieniądze. Odzew na nasz ostatni album jest naprawdę niesamowity. Każdy komentarz, który czytamy na Facebooku lub słyszymy osobiście, potwierdza, że jednak warto. Obecnie telewizja serwuje mnóstwo programów, w których wszystkim uczestnikom wmawia się, że mogą być „gwiazdą”. Wiele z tych osób wykrzykuje deklaracje o tym, że muzyka jest ich całym życiem. Jeśli jednak chcesz poznać ludzi prawdziwie zaangażowanych w muzykę, porozmawiaj z członkami swoich ulubionych zespołów. Zapytaj, jak wiele muszą poświęcić, aby zagrać w twoim mieście czy w ogóle nagrać płytę. Mam nadzieję, że muzycy i branża znajdą sposób, żeby prawdziwi artyści mogli znów funkcjonować na normalnym poziomie. Potrzebujemy dobrej muzyki. Potrzebujemy sztuki, kultury. Jeżeli kupujesz płyty, pliki czy koszulki, wybierz się również na koncert. Robiąc to, wspierasz muzykę oraz zespół i to jest tego warte!

Rozmawiał: Krzysztof Bienkiewicz

Podziękowania dla Vexx Designs za udostępnie grafiki na baner

 

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
Możliwość komentowania Wywiad: Daniel Bernath / Syqem została wyłączona
 

Komentowanie wyłączone.

 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.