Wywiad: Dino Campanella / dredg

25.05.2014

Jak można zdefiniować coś, co wymyka się wszelkim definicjom? Jak można uchwycić coś, co nie godzi się na się ograniczenia i stale przekracza wszystkie granice? To niemożliwe. I tak naprawdę niepotrzebne. Jedyne, co możesz zrobić, to pozwolić temu być tym, czym naprawdę jest. Wolnym, samowystarczalnym bytem, który wyróżnia się na tle wszystkiego po prostu oryginalnością. Taki jest zespół Dredg. I właśnie oryginalność, jak również zero widowiskowych fajerwerków, a mnóstwo muzyki, było tym, co kalifornijski kwartet przywiózł ze sobą do Berlina, dokąd w ramach ostatniej europejskiej trasy zawitał na początku maja. Tego wieczora, w intrygującym otoczeniu kompleksu Kesselhaus zlokalizowanego na terenie byłego browaru, zespół zagrał w całości swoje dwa najbardziej znane albumy: “El Cielo” oraz „Catch Without Arms”. Pomiędzy koncertami udało mi się spotkać z perkusistą zespołu, Dino Campanellą, który w trakcie rozmowy zabrał mnie we wciągającą podróż po zakątkach swoich ciekawych myśli na temat życia, muzyki, ciszy oraz egoizmu.

Dino, przede wszystkim dziękuję, że znalazłeś czas na rozmowę. Powiedz mi na początek, jak w ogóle doszło do tej trasy?

Już od długiego czasu rozważaliśmy tę opcję. Graliśmy nasze płyty w całości podczas koncertów w Stanach i wypadały one świetnie. Przychodziło dużo ludzi, my świetnie się bawiliśmy, tak więc po jakimś czasie pomyśleliśmy, że jeśli zrobimy to samo w Europie, to możemy mieć wyjątkowe koncerty. Myślę, że to jest korzystne zarówno dla fanów, jak i zespołów. Pod kątem biznesowym jest to dobra promocja, ale to w żadnym razie nie jest wykorzystywanie kogokolwiek. Fani naprawdę lubią takie koncerty, a ja sam mam sporo płyt, które chciałbym usłyszeć na żywo w całości.

Na przykład?

Stare płyty Slayera, Faith No More, Helmet. Wiesz, rzeczy, których słuchaliśmy, gdy byliśmy dzieciakami. Wydaje mi się, że takie inicjatywy są bardzo fajne i obie strony mają z tego korzyści. Granie albumów w całości jest teraz popularne, ponieważ tak naprawdę jest to znak obecnych czasów, w których zespoły muszą jeździć w trasy, żeby zarabiać, bo sprzedaż płyt drastycznie spadła. Z drugiej strony nie możesz przyjeżdżać do tej samej publiczności cały czas z tym samym materiałem, ponieważ wtedy może nastąpić przesyt, tak więc w naszym przypadku, kiedy nie mamy nowej płyty, to daje nam możliwość do pokazania się. Gdybyśmy tu przyjechali bez takiej okazji i zagrali zwykły koncert, myślę, że to mogłoby być trochę mylące, więc taka formuła daje nam powód do przyjazdu i celebrowania muzyki z naszymi fanami.

A przy okazji, dlaczego nie macie nowej płyty?

Wiele czynników to spowodowało, ale ogólnie w pewnym momencie dotarliśmy do punktu, w którym nie chcieliśmy powtarzać cyklu, który miał miejsce przez wiele lat. Zwykle po powrocie z trasy koncertowej robiliśmy sobie krótką przerwę, a potem zaczynaliśmy pisać nowy materiał i te czynności powtarzały się raz po raz i tak naprawdę każdy z nas był już tym zmęczony. Chcieliśmy zrobić sobie dłuższą przerwę, żeby móc pooddychać, po prostu żyć. Nie chcieliśmy być ujęci w stałych okowach terminarza Dredg. Każdy z nas chciał spróbować zrobić i doświadczyć innych rzeczy. To było konieczne, żeby utrzymać zdrową sytuację zarówno dla każdego z nas indywidualnie, jak i ogólnie dla zespołu. W takich okolicznościach wiele formacji podejmuje decyzje o zakończeniu działalności, ale my nigdy nie mieliśmy takich intencji. Uwielbiamy siebie nawzajem, uwielbiamy grać ze sobą i będziemy to robić tak długo, jak będziemy tego chcieć, ale w pewnym momencie poczuliśmy, że sami chcemy kontrolować nasz czas. To była bardzo naturalna decyzja. Czuliśmy, że to się po prostu musi stać.

Dziś wieczorem gracie piosenki z płyt, które powstały dekadę temu. Jak je obecnie postrzegasz? Czy teraz identyfikujesz się z nimi w inny sposób?

Bez dwóch zdań. Myślę, że zupełnie nie identyfikuję się z nimi w taki sposób, jaki miało to miejsce wcześniej.

Naprawdę?

Tak. Wtedy wszystko było inne – moje życie, życie każdego z nas, życie zespołu. Wszystko wyglądało zupełnie inaczej i dlatego teraz nie jest tak, że ja po prostu cofam się 10 lat wstecz i gram piosenki z tamtego okresu. Powiedziałbym, że obecnie wręcz gram piosenki kogoś innego, z tym że tak się składa, że ta osoba jest również mną. Są fragmenty, które gram tak, jak grałem wtedy, choć czasem wydaje się, że one teraz nie mają większego sensu, ale celowo czerpię przyjemność z celebrowania starego mnie, jeśli mogę tak to nazwać (śmiech). Mówiąc to, nie przekreślam tego wszystkiego, co zrobiłem wcześniej. Teraz to po prostu inaczej odczuwam. Z drugiej jednak strony są pewne rzeczy, które robiłem wtedy i które chciałbym być w stanie zrobić teraz. W tamtym okresie, szczególnie na płycie „El Cielo”, nie myślałem tak bardzo o tym co i jak gram. Po prostu grałem. Teraz wydaje mi się, że czasami za bardzo analizuję. Na przykład utwór „18 People Live In Harmony” z „El Cielo” – jestem dumny z tego, jak zagrałem tę piosenkę. Gdy słucham jej teraz, to aranżacja i koordynacja rytmiki tego utworu robi na mnie wrażenie.

Teraz więc jesteś bardziej świadomy tego, co tak naprawdę zrobiłeś wtedy?

Tak. Myślę, że nigdy wcześniej nie byłem tego aż tak świadomy.

Co się zmieniło?

Perspektywa. Teraz jestem w stanie spojrzeć na nasze płyty z zewnętrznej perspektywy. Wtedy nie byłem w stanie tego zrobić, gdyż byłem totalnie zanurzony w całym tym procesie. I to nie jest tak, że teraz nie czuję połączenia z tym, co zrobiliśmy. Koneksja jest, tylko teraz na to patrzę z zupełnie innej strony, z dużego dystansu. Kiedy słucham tych piosenek, gdy je gramy i na nowo je sobie przypominamy, to dopiero obecnie jestem w stanie je tak naprawdę docenić. Wtedy nie mogłem tego zrobić, ponieważ trudno jest docenić coś w momencie robienia czy tworzenia. Tak naprawdę, gdy pisaliśmy te utwory, to aż tak bardzo się nie staraliśmy. Szczerze powiedziawszy, w ogóle się nie staraliśmy. My nie wiedzieliśmy, jak się pisze piosenki, tak więc wzięliśmy wszystkie te dziwne instrumenty, które były wokół nas i powiedzieliśmy sobie „hej, nagrajmy to wszystko na płycie.” Ciężko takie podejście nazwać przemyślanym, tak naprawdę to była improwizacja. Ale kiedy teraz na to patrzę, to myślę sobie, że rzeczy, które wtedy zrobiliśmy, są odlotowe i doceniam to, że tak bardzo dbaliśmy o to, aby przekraczać granice.

Metallica, Faith No More, Dead Kennedys, Primus, Machine Head, Joe Satriani, cholera, nawet Chris Isaak. Jest wiele wpływowych zespołów oraz muzyków, którzy pochodzą z waszego regionu, czyli Zatoki San Francisco (Bay Area). Czy to naprawdę tak dobre miejsce dla kreatywnych ludzi?

Bay Area jest bardzo pięknym miejscem, w którym jest wielu ludzi z zacięciem artystycznym, ale wydaje mi się, że lokalni muzycy nie mieli aż takiego wpływu na naszą kreatywność. W naszym przypadku bardziej chodziło o nas samych będących w tym samym miejscu. Dredg to chemia pomiędzy naszą czwórką. Tak naprawdę ten zespół mógł zaistnieć gdziekolwiek. Gdybym spotkał chłopaków w innym mieście, myślę, że wciąż udałoby się nam stworzyć coś wyjątkowego. Ludzie często mówią, że miejsce ich pochodzenia jest ważne dla ich muzyki, ale tak naprawdę jesteś człowiekiem, masz swój styl gry i będziesz czerpał i przetwarzał impulsy z otoczenia obojętnie gdzie byś się nie znajdował. Bardziej w tym wszystkim chodzi o miejsce, w którym jesteś szczęśliwy i w którym czujesz się dobrze z ludźmi, którzy są wokół ciebie. My wywodzimy się ze środowiska ludzi żyjących ze sobą w przyjacielskich relacjach. To spora grupa, która trzyma się razem i myślę, że to również ma swoje odbicie w naszym zespole. Pochodzimy z małego miasteczka [Los Gatos w Kaliforni, populacja ok. 30 000] w którym mieszka wiele wspaniałych osób. Otwartych, zabawowych, ambitnych, ale również trochę szalonych. I ekspresyjnych. Nie boją się wyrażać samych siebie.

Ekspresja – chyba głównie o nią chodzi w sztuce.

Dokładnie.

fot. Kaley Nelson

El Cielo” jest zainspirowana obrazem Salvadora Dali: “Sen spowodowany lotem pszczoły wokół owocu granatu, na sekundę przed przebudzeniem”. W tym pytaniu chciałbym nawiązać do jednej myśli tego malarza, który powiedział kiedyś: „Powinno się systematycznie powodować zamieszanie, to uwalnia kreatywność. Wszystko, co jest sprzeczne, tworzy życie”. I teraz tak, czytałem kiedyś wywiad z tobą, w którym powiedziałeś, że pierwszą piosenką napisaną na następcę “El Cielo”, czyli „Catch without arms”, był utwór „Tanbark is hot lava”. Ten numer jest bardzo szybki, energetyczny, mocno różni się od kompozycji na “El Cielo”, tak więc w tym kontekście, jak i również myśli Dalego, chciałem cię zapytać czy kreatywność jest często uwalniana na krawędzi dwóch sprzeczności lub przynajmniej w momencie jakiejś zmiany?

Z pewnością. Zawsze chodzi o przesuwanie granic, angażowanie się w coś nowego. Nie każdy na tym świecie to lubi, ale my tak. Zawsze staramy się robić coś innego, dlatego np. na „El Cielo” jest tak wiele piosenek różniących się od siebie. Na tej płycie celowo chcieliśmy spróbować różnych rzeczy. Użyć trąbki kupionej w sklepie z meblami, dodać elementu drum’n’bassu, którego dużo słucham, do takich utworów jak np. „Canon Behind Her”. My lubimy różnorodność. Nie cenimy zbyt wysoko płyt, na których każda piosenka brzmi tak samo. Dlaczego nie można użyć innego brzmienia perkusji w każdym utworze? Dlaczego wszystkie gitary brzmią tak samo? Dlaczego nie korzystać z rozmaitych instrumentów?

Wygląda na to, że macie pociąg do ekscytacji.

I tak jest. To bardzo egoistyczne podejście (śmiech).

Ja myślę, że w muzyce tak właśnie powinno być i że w tym objawia się jej piękno. Tak jak w waszym przypadku, są cztery osoby, które tworzą taką muzykę, jaką same chciałyby usłyszeć. Następnie ją wydajecie lub gracie na żywo, jak dziś w Berlinie, dla tysiąca czy więcej osób, które się dziś zebrały. To są ludzie, których nawet nie znacie, a pomimo tego, nagle okazuje się, że oni reagują na waszą muzykę i pojawia się między wami więź .

Dokładnie, ale tak jak mówię, pierwotnie to wszystko jest napędzane własnymi pobudkami. Możesz mieć tylko nadzieję, że to, co ty uważasz za dobre, będzie podobnie postrzegane przez innych, ale muzykę pisze się przede wszystkim dla samego siebie. My zawsze mieliśmy takie podejście. Nigdy nie zabiegaliśmy o fanów czy tego typu rzeczy. „Leitmotif ” był stworzony przede wszystkim dla nas samych. Masz w pokoju czterech gości, którzy komunikują się ze sobą i czerpią przyjemność z tworzenia czegoś razem – dokładnie o to w tym wszystkim chodzi. Nagranie tego jest sprawą drugorzędną, a dokonanie zapisu w studio nie tylko dla siebie, ale i dla innych, to dosłownie trzeci etap tego procesu.

Ok, rozumiem, że piszecie przede wszystkim dla siebie, ale jak odebraliście tę całą krytykę, która spadła na was po wydaniu ostatniej płyty?

To tylko pokazało, jak bardzo emocjonalnie ludzie odbierają naszą muzykę. Byli bardzo, ale to bardzo zawiedzeni. To skrzywdziło ich uczucia do tego stopnia, że się wkurzyli. Rozumiemy ich rozczarowanie, ale po pewnym czasie przez te wszystkie bardzo negatywne emocje, które była kierowane w naszą stronę, zrobiło się trochę dziwnie. Każdy ma prawo do swojej opinii, ale nigdy nie jest dobrze być aż tak nieprzyjemnym, w jakiejkolwiek sytuacji w życiu. Nigdy nie powinno się krzywdzić czyichś uczuć w ten sposób. Ludzie tak naprawdę nie rozumieją, co się na ostatniej płycie stało. Postawiliśmy się po raz pierwszy w sytuacji, w której nasz producent był bardziej kompozytorem. Dan the Automator to kompozytor. On zwykle pracuje z raperami lub wokalistami, czyli sam tworzy muzykę, a potem ma ludzi, którzy tylko do niej śpiewają. Podobnie dzieje się, kiedy on pracuje z zespołami. Dan nie chce pracować z opiniami innych ludzi, dlaczego miałby to robić? To nie było tak, że on nas nie słuchał. To polegało bardziej na tym, że my daliśmy mu nasze piosenki, a on je tak jakby zmiksował. Przerobił je po swojemu, tak więc płyta była w pewnym sensie tworzona poza naszą kontrolą.

Ale wy na to pozwoliliście, prawda?

Tak, pozwoliliśmy na to, gdyż chcieliśmy spróbować czegoś innego. Pomyśleliśmy, że to byłoby super. Dla mnie o tej płycie można powiedzieć dwie rzeczy. Po pierwsze, gdybyśmy nagrali ten album tak, jak gramy na żywo jako zespół, to myślę, że to mogłaby być płyta, która spodobałaby się fanom Dredg. Drugą zaś rzeczą jest to, że nasi fani chcą usłyszeć naszą muzykalność. Chcą słyszeć grę Marka na gitarze, moją na perkusji, to jak Drew gra na basie, a Gavin śpiewa. Chcą w muzyce Dredg usłyszeć nasze osobowości. Tego na ostatniej płycie zabrakło i to ich wkurzyło.

Czy wy jako zespół odczuwacie presję lub przynajmniej oczekiwania ze strony fanów?

Ja się tym tak naprawdę nie przejmuję, ale mówiąc to, nie chcę przez to powiedzieć, że nie doceniam naszych fanów. Oczywiście, że ich bardzo szanuję, ale nie mogę pozwolić na to, aby nasi fani nas prowadzili. Nie ma takiej możliwości i tak naprawdę oni sami tego również nie chcą. Choć może im się wydawać, że to by było dobre, to tak naprawdę sami nie chcieliby, żeby to miało miejsce. Ale podkreślam, mówiąc to, nie chcę nikomu okazać braku szacunku. Dla naszych fanów mam go zawsze mnóstwo.

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
Możliwość komentowania Wywiad: Dino Campanella / dredg została wyłączona
 

Komentowanie wyłączone.

 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.