Wywiad: Drew Goddard / Karnivool

21.07.2014

Ludzka osobowość jest emitowana z wnętrza każdego człowieka. Najczęściej dzieje się to poza naszą kontrolą i nierzadko nie potrzeba wielu słów lub gestów, aby wyczuć, czy dogadamy się z osobą, z którą weszliśmy w interakcję. Kiedy dotarłem pod warszawską Proximę na umówiony wywiad i przywitałem się z moim rozmówcą, gitarzystą australijskiego Karnivool Drew Goddardem, poczułem, że to może być fajna rozmowa. Nie tylko dlatego, że stał przede mną uśmiechnięty brodacz, wesoło świecący gołymi stopami na chodniku i wypuszczający w powietrze puszyste kłęby papierosowego dymu, ale głównie dlatego, że jego postać emitowała coś pozytywnego. Coś, co jak się potem okazało w rozmowie jest cechami jego charakteru, czyli otwartość, wrażliwość, humor i inteligencja. Kiedy w ciepłych promieniach zachodzącego słońca zasiadaliśmy pod klubem do rozmowy, martwiły mnie jednak dwie rzeczy – czy chodzący wszędzie na boso Drew na jakimś odłamku szkła nie skaleczy sobie stopy i czy dam radę zrozumieć ten cholerny australijski akcent!? Jakimś cudem obydwaj wyszliśmy z naszego spotkania bez szwanku.

Drew, zacznijmy naszą rozmowę od waszego najnowszego albumu „Asymmetry”. To dosyć zróżnicowana płyta. Jej pierwsza część jest surowa, poszarpana, nieregularna, nomen omen, asymetryczna. Potem jednak pojawiają się takie piosenki jak „Aeons”, „Eidolon” czy „Sky Machine”, które są mniej nieprzewidywalne rytmicznie, mają więcej okrągłych kształtów, co z kolei pozwala na większą ekspozycję zawartych w nich przestrzeni i melodii. Poza tym są jeszcze inne elementy na płycie, ale ciekawi mnie, czy tworząc ten album świadomie chcieliście, żeby był aż tak różnorodny?

Kiedy rozpoczęliśmy proces tworzenia tej płyty było bardzo wiele kierunków, w które chcieliśmy pójść. Wszystkie one były względem siebie dosyć asymetryczne, tak więc twój opis w zasadzie dobrze podsumowuje płytę. „Assymetry” to różnorodna mieszanka piosenek, ale z pewnością zawiera ona utwory surowe czy postrzępione i to jest jeden z kierunków, w którym chcieliśmy podążać. Poza tym zależało nam na tym, aby zawrzeć na płycie element ludzki. Mam tu głównie na myśli kwestie dźwięku. Nie chcieliśmy, żeby ta płyta była stworzona w sposób cyfrowy, a tym samym stała się pod względem brzmienia wręcz idealna. Chcieliśmy mieć naturalnie, puszczone przez wzmacniacze gitary. Podobnie ze strojeniem, było ustawiane w taki sposób, żeby było słychać, że na instrumentach gra żywy zespół. Tak więc element ludzki wyraża się w sferze dźwięków, ale również na poziomie emocji. Uważam siebie za szczęśliwą osobę, ale dla mnie w muzyce chodzi o docieranie do pewnej głębi. Możliwe, że właśnie dlatego jestem pozytywnie nastawiony do życia, ponieważ w muzyce odnajduję katharsis. Bycie człowiekiem wyraża się w naszej twórczości. Szczególnie w melodiach, rytmice, nastroju. Wyrażanie emocji we wszystkich tych elementach jest czymś naturalnym, ale czasami i trudnym, jednakże ten cały proces jest dobry dla duszy.

Mówisz, że muzyka cię oczyszcza, a dla mnie ciężkie brzmienia to jedyny rodzaj muzyki, który potrafi wytworzyć taką niesamowitą, wewnętrzną intensywność. To może być czasem postrzegane jako gniew, ale w tym nie ma absolutnie nic negatywnego czy destrukcyjnego.

Tak jak w jednym z tekstów śpiewa Zack de La Rocha z Rage Against The Machine – gniew to dar. Jeśli skierujesz go w odpowiednią stronę, stanie się bardzo pozytywnym zjawiskiem. Ciężka muzyka jest w swej naturze bardzo prymitywna. Jej źródło leży u podstawy kręgosłupa. Czasami na scenie czuję się jak zwierzę, ale ludzie są zwierzętami, więc dobrze o tym nie zapominać. To miejsce (Drew wskazuje obydwiema dłońmi na podbrzusze) jest punktem, przez który jesteś zakorzeniony w ziemi i tędy wszystko wpływa i wypływa. Dla mnie muzyka rockowa pochodzi właśnie stąd, ale ona ma także serce oraz aspekt intelektualny, który mnie bardzo ekscytuje. Ciężkie granie łączy te wszystkie elementy. Oczywiście jest w tym również aspekt duchowy, który jest ponad intelektem. Tool jest zespołem, który uświadomił mi, że muzyka może być również formą duchowego, medytacyjnego uwolnienia. Czuję, że dzięki ich muzyce rozwinęła się moja świadomość, podobnie jak np. w przypadku muzyki Pink Floyd. Muzyka potrafi otworzyć umysł.

Mówisz o wyjątkowości, tak więc muszę ci powiedzieć, że mam przeczucie, iż dziś wieczorem dzięki waszej muzyce może wydarzyć się coś wyjątkowego. Kiedy rozmawiam ze znajomymi o waszym dzisiejszym występie lub czytam w sieci komentarze ludzi przed tym koncertem, wyczuwam, że dziś może się zdarzyć coś niesamowitego, ponieważ wasza muzyka sprawia, że fani są naelektryzowani. Jesteście zespołem, który dotyka ludzi na bardzo głębokim, emocjonalnym poziomie.

Super. My zawsze staramy się sprawić, żeby koncert był wyjątkowy. To jest nasza misja, żeby występ był dla ludzi przeżyciem, z którego każdy może coś dla siebie wynieść. Coś, co jest zarówno wyjątkowe indywidualnie, ale i grupowe, gdyż wszyscy razem dzielimy się tym przeżyciem. Jesteśmy naprawdę podekscytowani dzisiejszym koncertem.

To wasz pierwszy występ w Polsce, zatem wiesz, dla wielu osób to może być takie doświadczenie, jak utrata dziewictwa. Jesteś zarówno podekscytowany, jak i niepewny co i jak się stanie, ale wszelkie wątpliwości są przyćmione tą wewnętrzną chęcią zrobienia tego. To taka mieszanka niepewności i pragnienia.

(śmiech) Dokładnie. Dobrze to ująłeś.

Zaiste było wyjątkowo. Karnivool po koncercie w Warszawie:

„Niesamowita publiczność, niesamowici ludzie, niesamowita wódka”

fot. Vool

Niedawno przeprowadzałem wywiad z Dino Campanella, perkusistą Dredg. Rozmowa odbyła się przy okazji ich koncertu, na którym grali dwa swoje najbardziej znane albumy w całości – „El Cielo” oraz „Catch Without Arms”. Kiedy rozmawialiśmy o tym pierwszym, który jest świetnym albumem zarówno pod względem muzycznym, jak i konceptualnym, Dino powiedział coś ciekawego. Według niego, kiedy oni tworzyli ten album, tak naprawdę nie starali się tak bardzo, jak może to sugerować efekt końcowy. W tamtym czasie oni w zasadzie nie wiedzieli jak pisać piosenki, tak więc bardziej improwizowali z dźwiękami i wszystkimi tymi instrumentami, których użyli na płycie, niż świadomie tworzyli coś, co miało być świetną płytą. Czy miałbyś podobne refleksje nt pierwszych płyt Karnivool?

Z pewnością. Kiedy jesteś w trakcie tworzenia czegoś, tak naprawdę nie wiesz, czym to jest. Kiedy rozpoczynasz tę pracę, wszystko jest jak niewyraźnie naszkicowana mapa. Masz tylko przeczucie i musisz mu się poddać, popłynąć za nim. W pewnych aspektach to w zasadzie jakby dzieje się poza twoją kontrolą. Ty musisz tylko podążać za znakami i nie myśleć zbyt dużo. Powiedziałem wcześniej, że intelektualny aspekt muzyki jest dla mnie bardzo ważny, ale podczas tworzenia staram się to wyłączyć i płynąć z muzyką. Ufać samemu sobie, że zrobię coś właściwego. Im więcej myślisz, tym więcej masz wątpliwości i ostatecznie zaczynasz gonić własny ogon. W przypadku naszego zespołu stworzenie każdej płyty zajmuje cztery lata. To jest długi, rozciągnięty w czasie proces, którego ostateczny efekt widzisz wtedy, kiedy staje się on zdarzeniem dokonanym. Dopiero wtedy dostrzegasz całość, a nie każdy detal, który był częścią składową procesu. Sound Awake” jest pierwszym albumem, który stworzyliśmy wszyscy razem jako zespół. Każdy z nas miał wkład w jego powstanie, ale w momencie jego tworzenia nie wiedzieliśmy, czym tak naprawdę jest ta płyta. Nie mieliśmy odpowiedniej perspektywy. Byliśmy zadowoleni i podekscytowani tym albumem, ale tak naprawdę sami go nie do końca rozumieliśmy. Wydaje mi się, że najlepszą perspektywę masz wtedy, kiedy wydajesz nowy album i spoglądasz na swój poprzedni. Tak było tym razem. Kiedy zrobiliśmy „Asymmetry” i odniosłem się „Sound Awake”, to dopiero wtedy byłem naprawdę dumny z tej płyty. Dopiero w takim momencie mogłem na nią spojrzeć z zewnątrz, a nie jak wcześniej, ze środka procesu jej tworzenia.

Wspomniałeś w swojej odpowiedzi o zaufaniu, które według mnie jest mocno powiązane z intuicją. Czym tak naprawdę jest intuicja? Czy to ta myśl lub iskra, która pojawia się znikąd?

Tak, intuicja jest tajemnicza. Nie wiadomo skąd ona się pojawia.

Wydaje mi się, że to jedno z tych zjawisk, którego tak naprawdę nie musisz? zrozumieć. Cieszysz się samym faktem, że ono istnieje.

To prawda, ale to mnie i tak nie powstrzymuje od podejmowania prób jego zrozumienia, choć wiem, że to mi się nigdy nie uda. To tak jak z fizyka kwantową. Kiedy coś obserwujesz, nie możesz na to patrzeć bez zmieniania podmiotu twojego spojrzenia. Sam fakt obecności obserwatora w danym procesie zmienia go. Chodzi o przepływ fotonów itp. To dlatego intuicja jest taką piękną rzeczą i czymś, co wciąż próbuję zrozumieć. Chodzi o to, by pozwolić czuciu, żeby po prostu przez ciebie przepływało, żebyś ty sam mu nie przeszkadzał. To jest dla mnie intuicja. Ufanie, że z chaosu narodzi się coś uporządkowanego. Posiadanie wiary, że to się samo połączy w całość, bez twojego ingerowania w ten proces.

A jak to wygląda w przypadku inspiracji? Czy jest jakaś różnica między inspiracją a intuicją? Zastanawiałem się niedawno, czym tak naprawdę jest inspiracja i przyszło mi do głowy porównanie z bilardem. Na początku tej gry rozbijasz bile. Kiedy uderzasz w trójkąt, w którym są one ustawione, bila, która jest w środku dostaje nagle impuls z zewnątrz, który prowadzi ją do celu, w tym przypadku do łuzy. Dla mnie ten zewnętrzny impuls prowadzący do celu jest czymś, co mogłoby obrazować inspirację.

Inspiracja trafia cię, kiedy najmniej się tego spodziewasz. To co możesz zrobić, to otwierać się na sytuacje, w których ona może się zdarzyć i korzystać z okazji, które niesie ci życie. Tak w ogóle to ciekawe, że o to pytasz. Uwielbiam, kiedy rzeczy się w taki naturalny sposób łączą, więc w ramach odpowiedzi na pytanie podam ci jeden przykład z tej trasy. Kilka dni temu graliśmy w Antwerpii. Siedzieliśmy na zewnątrz i obok nas pojawiło się dwóch gości, którzy wyszli, żeby zapalić sobie jointa. Chwilę później zagadali do nas i nagle okazało się, że w piwnicy budynku mają studio, do którego nas zapraszają, żeby coś pograć lub może nawet nagrać. Poszedłem tam z naszym basistą Johnem i zagraliśmy tam niezaplanowany, ale bardzo fajny gitarowy „jam”. My na przykład czerpiemy inspirację z tego typu spontanicznych sytuacji. Między innymi dlatego kocham jeżdżenie w trasy. Możesz być w nowych miejscach, poznawać nowych ludzi. Mnie inspirują rozmowy czy nowe otoczenie. Mieliśmy jeszcze jedną podobną sytuację w Niemczech. Dostaliśmy maila od gości, którzy mają studio ok. 40 minut drogi od Norymbergi. Zapytali nas czy mielibyśmy ochotę wpaść do nich, gdybyśmy mieli trochę wolnego czasu, a że akurat wtedy wypadły nam dwa dni wolnego, to pojechaliśmy. Studio było absolutnie niesamowite, a dodatkowo zlokalizowane w wiosce, w której mieszka może 80 osób. Spędziliśmy tam uroczy czas, bardzo dobrze ze wszystkimi się dogadywaliśmy. To było takie spontaniczne i odprężające. Graliśmy muzykę, chodziliśmy po lesie. A więc znów, korzystanie z okazji, kiedy tylko się nadarzą. Jeśli nic z nich nie wyjdzie to po prostu nie wyjdzie, ale przynajmniej będziesz mógł powiedzieć, że spróbowałeś. Szczególnie jeśli poszukujesz nowych brzmień. Aby się zmieniać, rozwijać jako artysta musisz otworzyć się na nowe doświadczenia. W ten sposób dorastasz i o to również nam chodzi w tym zespole. Dla nas w Karnivool najważniejsza jest przyjemność. Muzyka to przyjemność i my to uwielbiamy. Tworzenie muzyki to również coś uzdrawiającego, jest jak lekarstwo. I po trzecie dzięki niej czuję, że rozwijam się jako człowiek. Dlatego uważam, że jestem szczęściarzem, mając muzykę jako narzędzie pozwalające mi robić to wszystko.

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
Możliwość komentowania Wywiad: Drew Goddard / Karnivool została wyłączona
 

Komentowanie wyłączone.

 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.