Wywiad: Jacek Miłaszewski

03.03.2014

W trakcie tej rozmowy poruszamy wiele kwestii, które zwykle nie są widoczne dla publiczności, ale gdyby spojrzeć na cały proces tworzenia muzyki, jak byś odpowiedział na pytanie czego z tego zaplecza najbardziej nie widać?

To znów dosyć trudne pytanie. Gdyby jednak zebrać wszystkie elementy składowe, to powiedziałbym, że zarówno w przypadku koncertów oraz płyt, nie widać jak dużo pracy jest w to wszystko włożone. Publiczność słuchając muzyki widzi jedynie efekt końcowy i tylko to ocenia, natomiast płyty oraz trasy zawsze wymagają ogromnego nakładu pracy muzyków i wielu innych osób z obsługi technicznej. Ludzie mają tendencje do szybkiego oceniania, ale fajnie byłoby, gdyby publiczność może bardziej doceniała lub przynajmniej była świadoma tego nakładu pracy.

Co jest najbardziej ekscytujące, a co najbardziej frustrujące w twojej pracy?

Tego jest bardzo dużo i to się zmienia. Czasami pracuję nad materiałami, które są fantastycznie zagrane i nawet jeśli sama muzyka mi się aż tak nie podoba, to jakość jej wykonania i kunszt muzyczny są niesłychanie ekscytujące. Z kolei kiedy pracuje z zespołem, w którym nie grają wyjątkowi instrumentaliści, to staram się im pomóc w osiągnięciu jakości ostatecznego wykonania. Podczas miksu próbuję zmienić ich niedoskonałości w cechy charakterystyczne dla nich i to również jest dla mnie ekscytujące. Ja lubię swoje zajęcie. Lubię obrabianie muzyki, eksperymentowanie, wpływanie na jej charakter. Dla mnie cały proces pracy z muzyką jest ekscytujący, nie tylko miksowanie. Uwielbiam nagrywać i produkować zespoły, ale niestety ze względów czasowych to drugie zdarza mi się niesłychanie rzadko. Zawsze jednak jest to dla mnie wielka przygoda. Frustrujące sytuacje zdarzają się, ale staram się na nich nie skupiać. Według mnie wszystko zależy od miejsca przyłożenia punktu ciężkości. Są inżynierowie dźwięku, którzy często się frustrują, bo muzycy nie za dobrze grają i oni czują, że nie ma z kim pracować. Ja takie sytuacje staram się przemienić w coś pozytywnego i czerpać z tego radość. Zmieniam rzeczywistość w taki sposób, żeby frustrujące rzeczy nie odciągały mojej uwagi. Staram się w tej niby słabszej rzeczy znaleźć coś, co by mnie ekscytowało, bo tylko w ten sposób na końcu tego całego procesu to się stanie lepsze. Im więcej radości czerpiemy z tego, co robimy, tym większe nasze zaangażowanie, a im większe zaangażowanie, tym lepszy rezultat końcowy.

Z tego co wiem, spodobała ci się idea Fundacji na rzecz Autentyczności w Muzyce, w której ja również się udzielam. Jak się potem okazało, twoje i nasze działania łączy jeden zespół.

O działaniu Fundacji dowiedziałem się przez zespół Leather Spine Dog [Leather Spine Dog był zespołem, który został wybrany przez Fundację do pierwszego koncertu organizowanego w ramach projektu „Live in studio”. „Live in studio” to cykl koncertów organizowanych z udziałem publiczności w studio nagraniowym w Warszawie. Szczegóły projektu dostępne tutaj]. Ich zaś poznałem podczas konkursu organizowanego przez Audio Engineering Society (AES) do którego ja zostałem zaproszony jako osoba oceniająca. Oni wygrali ten konkurs, a moją uwagę zwrócili tym, że grając na scenie sprawiali radość przede wszystkim samym sobie. Grali dla siebie, czerpali z tego przyjemność i dla mnie takie podejście jest w ogóle sensem wspólnego grania muzyki w zespole. Uważam, że powinno się czerpać radość dla samych siebie, a nie pozować do publiczności. Oni grając przede wszystkim utrzymywali kontakt wzrokowy, wymieniali spojrzenia, zwracali uwagę na to, co gra druga osoba w zespole. W pozostałych zespołach wszyscy skupiali się tylko na swoich instrumentach. W ich przypadku tego nie było. Oni patrzyli na siebie po to, żeby grac razem ze sobą i to było niesamowicie słychać. Cechą charakterystyczną grania zespołowego jest to, ze każdy dźwięk zagrany przez jednego muzyka wpływa na to, jak inny członek zespołu zagra swoje dźwięki. Dziś wielu muzyków jest przyzwyczajonych do indywidualnego grania. Instrumentaliści często posiadają własne studio lub sprzęt do nagrywania w domu, co powoduje, że wielu z nich ma tendencje do skupiania się tylko na sobie i swojej partii, a w przypadku Leather Spine Dog było dokładnie odwrotnie. Potem w internecie trafiłem na wasz cykl Live in studio, dowiedziałem się o idei Fundacji i pomyślałem kurcze, fajny pomysł.

Rozmawiamy dużo o aspektach techniczno-organizacyjnych związanych z tworzeniem i graniem, ale muzyka to przede wszystkim materia emocjonalna. Jaka muzyka jest dla ciebie ważna lub poruszająca?

Ja zazwyczaj słucham zespołów. Rzadko słucham artystów solowych. Nie słyszę w tym zespołowego tworzenia, a to dla mnie istotne i nawet w obrębie muzyki popowej są tak tworzące formacje.

Jakie np.?

Pamiętam jak raz w Londynie trafiłem na darmowy koncert Scissors Sisters. To było dla mnie duże zaskoczenie. Miałem styczność z ich muzyką wcześniej np. poprzez media. Odbierałem ich jako takie fajne, przebojowe granie, a tu nagle zobaczyłem prawdziwy, żywy zespól. Jeszcze mocniejszym doświadczeniem był dla mnie koncert formacji Zero Seven, których wcześniej zupełnie nie znalem. Ich występ na żywo, na który również trafiłem przypadkowo, bardzo zapadł mi w pamięć. Do tego stopnia, że odsłuchując zakupionej po koncercie płyty pamiętałem co się działo na scenie podczas danego numeru. To jest elektronika, ale nie tworzona na komputerze. Jest to żywa muzyka, oparta o bębny, gitary, syntetyzatory. No i wokale, bo oni tworzą prawdziwe piosenki. Dla mnie istotne są zespoły, które zarówno na płycie, jak i koncercie, prezentują żywe wykonanie utworów. Kolejnym takim przykładem jest Nine Inch Nails. To jest może bardziej solowy twór Trenta Reznora, ale proces tworzenia jest jednak zespołowy, opiera się o próby, wszystkie utwory są odtwarzalne na żywo. Nie ma tam elementów playbackowych. Podobnie Massive Attack. Poza tym jest cała masa kapel rockowych, artyści z pogranicza bluesa, jak np. John Mayer. Jest tego bardzo dużo. To nie ogranicza się do tych wykonawców, których teraz wymieniłem, ale ci są może trochę częściej odtwarzani.

Pamiętam, że po doświadczeniu Massive Attack na żywo na Open’erze w 2010 roku dojście do siebie po tym koncercie zajęło mi jakiś tydzień czasu. Piorunujące wrażenie. A odnosząc się do twojej odpowiedzi, ogólnie chcesz powiedzieć, że różnicę w intensywności odbioru powoduje jakość przekazania muzyki na żywo?

Na pewno to, że ich widziałem na żywo podbija odbiór, choć akurat Massive Attack był dla mnie ważny już wcześniej. „Mezzanine” to wbrew pozorom bardzo żywa płyta. Ona nie jest stworzona na komputerze, ale zagrana na instrumentach. Massive Attack jako byt muzyczny są bliżej zespołowi niż elektronice i to jest wspaniałe. Wcześniej nie zastanawiałem się, dlaczego podoba mi się ich muzyka, ale w ostatnich latach to się zaczęło składać w logiczną całość. Teraz już wiem, że zespoły, które mnie wciągają to takie, w których jest dużo czynnika ludzkiego. Podoba mi się taka muzyka, w której to, co słyszymy, wydobywa się spod ludzkiej ręki, a nie z klocków ułożonych w komputerze.

Czyli tak jak w życiu, zawsze najważniejszy jest człowiek. Dziękuje ci bardzo za rozmowę.

Rozmawiał: Krzysztof Bienkiewicz

Jacek Miłaszewski

www.milaszewski.com

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
Możliwość komentowania Wywiad: Jacek Miłaszewski została wyłączona
 

Komentowanie wyłączone.

 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.