Wywiad: Jakob

21.05.2015

To nie zdarza się często. To jest zawsze intensywne. To jest za każdym razem wyjątkowe. Kiedy zaistniałe dźwięki sprawiają, że rzeczywistość wokół ciebie najpierw staje, a po chwili znika, podczas gdy ty zaczynasz się zanurzać i odpływać. W przestrzeń. W głębię. W piękno.

Tak mam za każdym razem, kiedy otaczają mnie dźwięki tego zespołu. Mieszkają daleko. Prowadzą zwykłe życia. Tworzą niezwykłą muzykę. Przed koncertem w warszawskiej Hydrozagadce udało mi się porozmawiać z nowozelandzkimi mistrzami instrumentalnego rocka z formacji Jakob. Panie i panowie, Jeff Boyle (gitara), Maurice Beckett (bas), Jason Johnston (perkusja):

Jakob

Prowadzę te stronę od kilku lat i kiedy przygotowywałem się do tego wywiadu zdałem sobie sprawę, że w zasadzie jeszcze nigdy nie zapytałem o to jeszcze żadnego zespołu . Mam na myśli nazwę. Dlaczego Jakob nazywa się Jakob?

Maurice: Zanim zaczęliśmy razem grać, wszyscy obejrzeliśmy film „Drabina Jakobowa” (org. „Jacob’s ladder” – przyp. KB). Tak się złożyło, że mieliśmy też znajomego, którego rodzice mieli na nazwisko Jacob. Będąc raz u niego w domu widzieliśmy ich nazwisko wygrawerowane na grzbiecie książki i pomyśleliśmy wtedy, że to mogłaby być fajna nazwa zespołu. Do tego wszystkiego po około 6 miesiącach od momentu, kiedy zaczęliśmy razem grać byłem w Szwecji, gdzie zobaczyłem, że tam też również występuje ten wyraz, ale pisany przez „k”, co wydało mi się znacznie lepszą formą zapisu tego słowa i tak to powstało. Ludzie pytają nas czasem, czy jesteśmy chrześcijanami i czy nazwa pochodzi od biblijnego św. Jakuba, ale nie. My jesteśmy bardzo niechrześcijańscy (śmiech). 

Jest takie powiedzenie, że jesteśmy produktami swojego środowiska. Jak to, że pochodzicie i mieszacie w Nowej Zelandii, ma wpływ na waszą twórczość?

Jeff: To ma duży wpływ na nas, ale nie sądzę, żeby to się działo świadomie. Wydaje mi się, że nikt nie działa świadomie pod wpływem środowiska. To nie jest tak, że siedząc i patrząc na urocze górskie zbocza myślisz sobie: rany, jakie to piękne, muszę coś stworzyć. Myślę, że bycie zanurzonym w tym środowisku sprawia, że naturalnie wyrażasz to, czym jesteś otoczony.

A jak to się ma do ludzi? Jacy są Nowo Zelandczycy?

Maurice: Myślę, że jesteśmy dosyć wyluzowani.

Jeff: Poza tym skromni i powściągliwi. Mamy takie zjawisko z Nowej Zelandii zwane „syndrom wysokiej makówki” i oznacza ono to, że jeśli zbytnio się u nas wywyższasz, to szybko zostaniesz ścięty.

Maurice: Jeśli wejdziesz do baru w Nowej Zelandii z postawą pyszałkowatego pewniaka, będzie ci szybko dane do zrozumienia, żebyś poluzował rurę.

Jeff: Jesteśmy w zasadzie przeciwieństwem Amerykanów. Nie zrozum mnie źle, ja ich nie krytykuję. Wszyscy trzej mamy wspaniałych przyjaciół ze Stanów, ale oni mają tą zewnętrzną pewność siebie oraz brawurę w zachowaniu, a wynika to z tego, że w taki sposób zostali wychowani. My jesteśmy tego dokładnym przeciwieństwem.

To ciekawe z tą skromnością. Gdzie według was ma ona swoje źródło? Na przykład wg. mnie Polacy wciąż mają sporo kompleksów, które pochodzą w dużej mierze z czasów komuny, w których życie za tzw. żelazną kurtyną sprawiało, że kraje zachodnie zawsze wydawały się tym lepszym światem. Jak to jest w waszym przypadku?

Jeff: Myślę, że to w dużej mierze wynika z tego, że byliśmy kolonią. Wy byliście za żelazną kurtyną, a my byliśmy w podobnej sytuacji, będąc jedną z wysp należących do Anglików, którzy zawsze patrzyli na nas z góry. Wzorce zachowań wynikające z takich uwarunkowań zapoczątkowały tą skromność oraz syndrom wysokiej makówki. My zawsze czuliśmy się niedoceniani. Jesteśmy malutką wyspą na końcu świata. Wy sąsiadujecie z różnymi państwami. My jesteśmy otoczeni wodą, która ciągnie się przez tysiące kilometrów w każdym pieprzonym kierunku. Egzystujemy w dosyć wyjątkowych okolicznościach.

Ok, przejdźmy teraz do waszego najnowszego albumu, ale zanim zapytam o „Sines”, chciałem coś zacytować. Jest to haiku napisane przez japońskiego samuraja i poetę w XVII wieku. Brzmi ono następująco:

Spłonęła stodoła

Teraz mogę dostrzec księżyc.”

Wy mieliście wiele problemów podczas tworzenia tej płyty: kontuzje, problemy finansowe, problemy z jakością nagranego materiału. Życie rzucało wam wiele kłód pod nogi, ale odnosząc się do tego haiku, czy bylibyście w stanie wskazać jakieś pozytywy, które wyciągnęliście z całego tego procesu? Czy było coś, co pozwoliło wam dostrzec ten księżyc?

Jeff: Przede wszystkim chciałbym powiedzieć, że i wcześniej i także na tej trasie zauważamy duże nieporozumienie, polegające na przekonaniu ludzi, że przez ostatnie 7 lat my jako zespół nic nie robiliśmy. To nieprawda. Odbyliśmy kilka świetnych tras z Isis, byliśmy kilka razy w trasie z Toolem, graliśmy kilka tras w Australii z naszymi przyjaciółmi z Cog, tak więc naprawdę sporo się działo. Problem polegał na tym, że za każdym razem, kiedy już wszystko było odpowiednio przygotowane i zabieraliśmy się do nagrania płyty, zawsze działo się coś, co sprawiało, że ostatecznie nie mogliśmy zrobić tego w danym momencie i po pewnym czasie musieliśmy zaczynać od początku. Przeważnie były to rozmaite kontuzje lub problemy finansowe, jednakże jeśli chodzi o funkcjonowanie samego zespołu, to byliśmy mocno aktywni. Graliśmy własne trasy w Nowej Zelandii i naprawdę sporo robiliśmy. Ale to z powodu właśnie tych wszystkich problemów praktycznie wszystko musieliśmy robić sami, co z kolei spowodowało, że aby być w stanie to wszystko robić samemu, musieliśmy się dużo się nauczyć. Tak więc było dużo pozytywów wynikających z tej sytuacji, no ale elementów negatywnych niestety również.

Recenzja - Jakob - Sines

Z powodu kontuzji Jasona musieliście odwołać trasę europejską w 2013 roku i to musiało być trudne zarówno dla was, jak i fanów, ale podobało mi się w tej całej sytuacji to, że nie braliście nikogo na zastępstwo, ale czekaliście na siebie, aż wszyscy będziecie zdrowi. To wygląda na prawdziwą przyjaźń.

Jason: Kiedy tuż przed tą europejską trasą zraniłem się w rękę, z uwagi na fakt, że wszystko było już zarezerwowane powiedziałem chłopakom, że jeśli chcą jechać, to dla mnie nie ma problemu, żeby ktoś mnie zastąpił na trasie. Jednak Maurice i Jeff się nie zgodzili.

Jeff: Nie było takiej opcji.

Maurice: Między nami trzema istnieje więź, która sięga chyba głębiej, niż sami sobie z tego zdajemy sprawę. Bez choćby jednego z nas w składzie to po prostu nie będzie Jakob.

Jason: Jednak ja powtarzałem chłopakom, że mogą wziąć kogoś na zastępstwo. Zasugerowałem nawet Aarona Harrisa z Isis, na horyzoncie był jeszcze jeden lokalny perkusista z Nowej Zelandii, ale to się ostatecznie nie stało. To tak naprawdę jeszcze bardziej ugruntowało naszą przyjaźń.

To bardzo fajne. Wiem, że przez to wasi fani musieli dłużej czekać na trasę, ale w ostateczności to jest wasz zespół, wasz świat i wasze zasady.

Jeff: Jakob nie jest naszą pełnowymiarową pracą. Każdy z nas pracuje na etacie, a zespół jest naszym hobby, naszą pasją. Robimy to, ponieważ to kochamy, jesteśmy dobrymi przyjaciółki i lubimy wszystko, co jest z tym związane. Esencją naszego zespołu jest ta magia czy też niewytłumaczalna interakcja, która ma miejsce, kiedy spotykamy się we trójkę i zaczynamy razem grać. Tym tak naprawdę jesteśmy. Jeśli nie ma w tym choćby jednego z nas, to nie będzie Jakob. Tak to u nas funkcjonuje.

Jason: Jesteśmy razem razem17 lat jako zespół, ale znacznie dłużej jako przyjaciele. Myślę, że to już będzie ok. 25 lat.

Jeździliście razem na desce, czyż nie?

Jeff: Tak jest, tak się właśnie poznaliśmy, poprzez skateboarding.

Mówicie, że poprzez waszą muzykę chcecie choćby na moment oderwać ludzi od ich codziennego życia, a jeśli pozwolicie, to ja bym chciał na chwilę zajrzeć do waszych żyć. Powiedzieliście, że Jakob nie jest dla was pracą, chciałem więc zapytać co nią jest? Co robicie na co dzień?

Jeff: Wiem, że będąc gitarzystą zabrzmi to bardzo sztampowo, ale ja pracuję w sklepie z gitarami.

Jason: Ja pracuję w branży budowlanej, budownictwo komercyjne i mieszkaniowe.

Czy to bezpieczny zawód dla perkusisty?

Jason (śmiech): Nawet o tym ostatnio rozmawialiśmy, wiesz, te wszystkie piły wokół mnie.

Jeff: Poczekaj aż usłyszysz czym się zajmuje Maurice (śmiech).

Maurice: Ja zabudowuję kuchnie. Robię szafki kuchenne, więc tam również jest wiele sposobów na utratę palców.

Jeff, i ty na to pozwalasz?

Jeff: Ja w zasadzie stale czekam na kolejny telefon ze złą wiadomością (śmiech).

Zauważyłem, że wasz zespół wytwarza wokół siebie pewną kreatywność. Mam tu na myśli na przykład recenzje waszych albumów. Za każdym razem, gdy je czytam, jest dla mnie ciekawe, jak bardzo ich autorzy starają się uchwycić w słowa przestrzenie, warstwy i odcienie waszej muzyki i te recenzje…

Jeff: …są bardzo poetyckie, to prawda. Ja również to zauważyłem, że nasza muzyka jakby inspiruje materię słowną. I zawsze jestem pod wielkim wrażeniem, jak wielosłowne są te artykuły. Czasami mam nawet wrażenie, że poszczególni autorzy prześcigają się nawzajem w poetyckości tych recenzji (śmiech). Ale tak szczerze to dla nas wielki komplement i za każdym razem, gdy czytam te artykuły, jestem bardzo wdzięczny, bo one są bardzo dobre.

To się odnosi również do muzyki, gdyż wasze pedalboardy wzbudzają wielkie zainteresowanie ludzi, którzy grają na gitarach. Oni przychodzą na koncerty, robią zdjęcia waszych efektów lub ustawień i potem próbują robić w domu to, co wy na scenie.

Jeff: To również dla nas wielki komplement. Nawet Adam Jones z Toola prosił nas o pokazanie mu naszych pedalboardów.

Naprawdę?

Jeff: Tak, nawet on (śmiech).

Maurice: Szkoda, że nie widziałeś jego zestawu (śmiech).

Jeff: Szczerze powiedziawszy mój pedalboard jest w zasadzie prosty. Jestem przekonany, że wiele osób, które go widziały, jest zaskoczonych, jak bardzo jest on skromny. Oczywiście mam trochę więcej efektów niż Maurice, ale w porównaniu z innymi gitarzystami uważam, że to wciąż raczej niewielki zestaw.

Gdzie więc leży sekret?

Jeff: W twoich dłoniach. Kiedy dorastałem brat partnerki mojego ojca, tak jakby mój wujek, miał duży wpływ na mój styl grania na gitarze. On często bywał u nas w domu i grał razem z moim ojcem. Ja byłem wtedy mały i tylko patrzyłem i słuchałem, jak oni grali, ale kiedy podrosłem i stałem się jako takim gitarzystą, sam zacząłem z nim grać. Pamiętam, jak rozmawiałem z nim o jednym efekcie, kiedy zacząłem się w nie wkręcać i on mi wtedy powiedział: „Nie potrzebujesz go. Wszystkie efekty masz w swoich dłoniach”. Tak więc technika jest ważniejsza od kostek, które posiadasz. Jest wielu gitarzystów, zwłaszcza grających style takie jak post-rock, którzy myślą, że jak kupią kilka delayów czy reverbów, to już będą dobrymi gitarzystami i stworzą niesamowitą muzykę. Tak się jednak nie stanie. Najpierw musisz wykształcić odpowiednią technikę, a dopiero potem kombinować z efektami. I to jest sekret naszego zespołu. Nie chodzi o rodzaj efektów, jakich używamy, ale o sposób, w jaki na nich gramy.

Maurice: Dostajemy wiele maili od ludzi, którzy pytają nas jakich używamy kostek, w szczególności Jeff, i ci pytający pewnie myślą, że jak tylko kupią te efekty to automatycznie uzyskają nasze brzmienie. Tak się nie stanie. Musisz mieć to tutaj (Maurice unosi do góry ręce).

Dłonie jako narzędzia wyobraźni.

Jeff: Dokładnie.

Jakob - Jeff Boyle - WarszawaJeff i jego magiczne dłonie

Warszawa, Hydrozagadka, 09.05.2015

fot. „Lazzaroni”

Jest wiele wartości w całej waszej twórczości, zarówno w muzyce, jak i np. oprawie graficznej płyt, ale jest jeden element, który mnie zastanawia, a mianowicie wasze teledyski. One w zasadzie nie są złe, ale mam też wrażenie, że wasza muzyka ma znacznie większy potencjał wizualny.

Jeff: Nasze teledyski są takie, a nie inne, ponieważ wszystkie powstały za darmo. Nigdy nie mieliśmy odpowiednich środków finansowych na klipy, dlatego też zawsze musieliśmy liczyć na naszego przyjaciela, Kurta Davisa. On jest filmowcem, od czasu do czasu wpada na jakiś pomysł, pyta nas, czy może go zrealizować i my się zawsze zgadzaliśmy. Wychodzimy z założenia, że lepiej mieć jakiś teledysk, niż żaden.

Maurice: To zawsze była jego inicjatywa i pomysły. Nie było w tym żadnego naszego wkładu dlatego, że robił to dla nas za darmo. Jedynie „Blind Them With Science” powstało inaczej, gdyż to był nasz pomysł. Znaliśmy operatorów, którzy mieli odpowiedni sprzęt, pomyśleliśmy więc, że stworzymy teledysk w bezpośredniej formie ukazujący to, jak gramy na żywo i tak powstał ten klip.

Jason: Jeśli mielibyśmy większy budżet, to na pewno stworzylibyśmy coś wyjątkowego. Coś, co bardziej pasowałoby do muzyki.

YouTube Preview Image

To pytanie dotyczy czegoś dla mnie mocno osobistego. Muszę wam się przyznać, że utwór „Saint” z płyty „Solace” jest dla mnie jedną z najpiękniejszych kompozycji kiedykolwiek stworzonych przez człowieka. Bach, Mozart, Miles Davis, obojętnie kto by to nie był, w mojej percepcji rzeczywistości to, co ten utwór sprawia, że ja czuję, stawia go na równi z największymi dziełami w historiach ludzkości. Ja zwykle nie pytam o to, jak powstała dana piosenka, ale w przypadku tego utworu nie mogę się powstrzymać. Powiedzcie, jak się narodziła ta piosenka?

Jeff: Wow, dziękuję za tak niesamowite słowa. Jeśli chodzi o piosenkę, to my weszliśmy do studia celem nagrania „Solace” z sześcioma pomysłami do rozwinięcia oraz dwoma gotowymi numerami. Pierwszą rzeczą jaką zrobiliśmy było nagranie tych dwóch utworów, ale jak już wszystkie ścieżki instrumentów były gotowe, poczuliśmy, że całość nie jest wystarczająco dobra i szybko je wyrzuciliśmy. Zaczęliśmy więc pracować nad tymi sześcioma zarysami utworów, które rozwijaliśmy w studio i które ostatecznie przybrały formę utworów znajdujących się na płycie, czyli Malachite, Pneumonic, Lonsome, Safety In Number oraz Everything All Of The Time. Podczas pierwszej sesji nagraniowej, która trwała 3 tygodnie, zarejestrowaliśmy wszystkie partie perkusji oraz te sześć rozwiniętych pomysłów i pod koniec sesji zostało nam trochę wolnego czasu. Zaczęliśmy więc bawić się dźwiękami i właśnie wtedy powstał Saint, w zasadzie z jammowania. Miałem jeden pomysł, z którym trochę kombinowałem i to się stało naprawdę na zasadzie wciśnij nagrywanie i zobaczymy co z tego wyjdzie. Ta piosenka powstała w najbardziej możliwie organiczny sposób. Zrodziła się z niczego. Chciałbym powiedzieć, że spłynęła na nas boska inspiracja, ale niestety tak nie było (śmiech).

(śmiech) Nie ma sprawy. Mam świadomość, że to najczęściej się dzieje w bardzo zwykłych okolicznościach.

Jason: Choć szczerze powiedziawszy w tamtym czasie urodziła mi się moja pierwsza córka. Jej pełne imię i nazwisko to Emily Hutter Johnston, a „hutter” znaczy właśnie „święty” (ang. „saint” – przyp. KB). Pomyśleliśmy, żeby tak nazwać piosenkę, z tym że zamieniliśmy słowa używając „saint” zamiast „hutter”.

Jeff: Skoro już przywołujemy takie rzeczy, to jeśli chodzi zaś o mnie tuż przed nagrywaniem „Solace” zmarła mama mojej dziewczyny, a ona była prawdziwie świętą osobą. To była niesamowita kobieta, wyjątkowy człowiek, więc na poziomie przeżyć osobistych to również było trochę inspiracją tej piosenki.

A więc magia jednak zaistniała!
 
Jeff: Jak widać jednak tak (śmiech).

Ale mówiąc poważnie, dla mnie ta piosenka i zawarty w niej spokój, delikatność oraz głębia, powodują, że mocno się z nią identyfikuję. Jeśli oddech życia miałby mieć muzyczną formę, to ten utwór idealnie by go wyrażał.
 
Jeff: Zgadzam się. Poza tym wiesz, po dziś dzień za każdym razem gdy słucham tej piosenki, to mam gęsią skórkę, pomimo tego, że jestem jej współtwórcą. Więc to naprawdę niesamowite, że ona tak wciąż na mnie działa, pomimo upłynięcia 9 lat od jej powstania.


 
Trwa wasza europejska trasa w której jesteście headiner’em. Czy przyjeżdżając do Europy macie poczucie, że publiczność odbiera was trochę inaczej, że ludzie tutaj na was mocno czekają? Niektórzy nazywają wasz zespół legendarnym.

Jeff: Mamy naprawdę oddanych fanów również w Nowej Zelandii, a jeśli chodzi o bycie legendarnym to w naszym przypadku myślę, że to się bierze z tego, że zaczęliśmy grać w 1998 roku i wtedy zjawisko, jakim jest post-rock, po prostu nie istniało. W tamtym czasie mocno inspirowaliśmy się takimi zespołami jak Slint, Delta Space, czy HDU (High Dependency Unit – przyp. KB) i próbowaliśmy stworzyć własną odmianę muzyki, którą sami uwielbialiśmy słuchać. Oczywiście inspirowało nas również wiele innych rzeczy, ale te zespoły były pewnym wyznacznikiem pchającym nas w stronę post-rocka. Myślę więc, że do pewnego stopnia możemy być przez niektórych postrzegani jako jedni z pionierów tego gatunku.

Odnośnie zaś o granie w Europie to uwielbiamy tutaj grać. Wiem, że nie koncertujemy tu za często. Bardzo chcielibyśmy to robić częściej, niż to miało miejsce do tej pory, ale z pewnością czujemy się tutaj kochani. Pamiętam nasz pierwszy koncert w Niemczech. To było w Hamburgu, nasz pierwszy występ na europejskiej trasie z Isis. Przylecieliśmy tam z Nowej Zelandii tranzytem przez San Francisco, gdzie nasze gitary utknęły na lotnisku. Przyjechaliśmy więc do Hamburga bez gitar i ze wzmacniaczami, na których nigdy wcześniej nie graliśmy, ponieważ one zostały wybrane i dowiezione do Niemiec przez naszego europejskiego tour manager’a, który był również naszym dźwiękowcem. Wyszło więc na to, że zjawiliśmy się na miejscu i dosłownie od razu musieliśmy rozładować z vana cały sprzęt, ustawić go na scenie, pożyczyć gitary od drugiego supportu, przestroić je na nasze brzmienie, podłączyć się i zacząć grać. A to wszystko po 36 godzinach bycia non stop w podróży. To była więc absolutnie ekstremalna sytuacja. W klubie było 1100 osób i my graliśmy jako pierwsi, po nas  Kill The Thrill, świetny zespół z Francji i na końcu Isis. Przez to, że dotarliśmy spóźnieni i zeszło nam sporo czasu na rozłożenie się z całym sprzętem, mieliśmy czas na zagranie tylko 4 piosenek. Zagraliśmy więc te kawałki i na koniec naszego występu cała sala krzyczała „Ja-kob! Ja-kob!”, a my patrzyliśmy na siebie myśląc “o kurwa” (śmiech). Pamiętam, że schodząc na backstage trafiliśmy na chłopaków z Isis i oni powiedzieli nam: “O co tutaj chodzi? Zjawiacie się bez gitar, gracie na sprzęcie, którego nigdy wcześnie nie używaliście i patrzcie, co zrobiliście z tym tłumem?” (śmiech). Więc w zasadzie od samego początku wiedzieliśmy, że będziemy mieć dobre relacje z europejską publicznością.

Jakob - Warszawa - HydrozagadkaJakob, fani i Buddha

Warszawa, Hydrozagadka, 09.05.2015

fot. „Lazzaroni”

Kontynuując wątek europejski chciałbym zadać pytanie od przedstawiciela mieszkańców Europy kontynentalnej. Powiedzcie mi, na czym polega fenomen tej specyficznej gry, gdzie mecz potrafi trwać 2 tygodnie, a jej fani w takich krajach, jak wasz, mają na jej punkcie absolutnego bzika. Krykiet – o co chodzi?

Jeff: O stary, teraz to pojechałeś, bo jak ja o tym zacznę… Ale u nas w zespole tylko ja jestem fanem krykieta.

Jason: Tak, to nie dla mnie. Ja wolę surfing.

A więc Jeff?

Jeff: Ok, a więc mój dziadek….

Zaczyna się…

Jason: To ja wrócę za 30 minut.

Jeff (śmiech). A więc mój dziadek James Boyle powiedział kiedyś, że gdyby każdy na świecie rozumiał zasady krykieta, to nasza planeta byłaby znacznie lepszym miejscem do życia.

Mocne.

Jeff: Ale to prawda. Mecz krykieta jest jak życie. Długi, trudny i w jednej chwili może całkowicie się odmienić. To prawda, że mecze mogą trwać 5 dni. Nie trwają aż 2 tygodnie, ktoś musiał cię okłamać (śmiech). Ale tak, jedno starcie może toczyć się przez 5 dni i skończyć remisem, tak więc głównie Amerykanie zawsze nam mówią „o mój Boże, jak wy to możecie wytrzymać?!”. Ale pojedynki zarówno indywidualne, jak i te drużynowe, które mają miejsce przez te 5 dni, są fascynujące, absolutnie fascynujące. Wszystko rozchodzi się o dany moment i o to, żeby przechytrzyć przeciwnika. To najlepszy sport na świecie, bez dwóch zdań.

Jason: Chciałbym oświadczyć, że ja pochodzę z Nowej Zelandii, ale zupełnie nie rozumiem tego sportu. Wolałbym bardziej patrzeć na to, jak schnie farba, niż oglądać krykiet.

(śmiech) Ok, ostatnie pytanie. Wspomnieliście już w tej rozmowie o zespole Tool, powiedzcie zatem proszę coś więcej o tej prywatnej próbie, którą oni dla was zagrali.

Maurice: To było coś wyjątkowego. Adam i Danny przyszli na ostatni koncert naszej amerykańskiej trasy z Isis, który miał miejsce w Los Angeles i zaproponowali nam wyjazd z nimi w trasę. Oni zaczynali koncerty już w następnym tygodniu, ale niestety nasze amerykańskie wizy były ważne jeszcze tylko przez jeden dzień, dlatego też musieliśmy im podziękować za propozycję. Wtedy oni zaprosili nas na ich próbę, która odbywała się następnego dnia. Poszliśmy więc tam i siedzieliśmy dosłownie kilka metrów od nich. To była próba bez Maynarda, tylko ich trzech, ale wciąż, kiedy zagrali nam Stinkfist, to było coś niesamowitego.

To musiało być dla was mocno surrealne przeżycie, mając na uwadze fakt, że będąc w liceum graliście ich kowery.
 
Jeff: Tak, graliśmy ich numery z  Undertow i Opiate, więc ta próba i potem bycie z nimi trasie w Australii było dla nas czymś wyjątkowym.

Dziękuję za wasz czas i rozmowę.

Rozmawiał: Krzysztof Bienkiewicz

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
Możliwość komentowania Wywiad: Jakob została wyłączona
 

Komentowanie wyłączone.

 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.