Wywiad: Jarek Szubrycht

14.06.2014

Frank Zappa powiedział kiedyś, że „pisanie o muzyce jest jak tańczenie o architekturze”. Mam duży szacunek do twórczości Franka, ale idea istnienia tej strony opiera się na stanowisku dokładnie przeciwnym. Choć brzmienie nazwy naszego portalu można odnieść do swobodnych kompozycji, asymetrii i płynności linii pewnego stylu w rzeczonej dziedzinie, to muzyka i wszystko co jest z nią związane jest materią jak najbardziej podatną na ujęcie w formie słowa. I tu na scenę wkracza podmiot naszej dzisiejszej rozmowy. Dziennikarstwo muzyczne – czym jest, jakie obecnie jest, jak się zmieniło i czy w ogóle jest jeszcze potrzebne. O tym i kilku innych aspektach związanych z opisywaniem muzyki rozmawiam z Jarkiem Szubrychtem, redaktorem naczelnym jednego z największych portali muzycznym w Polsce – T-Mobile Music.

fot. Łukasz Jaszak

Witaj Jarek, dziękuję, że znalazłeś czas na wywiad. Chciałbym go zacząć od nakreślenia tła naszej dzielniejszej rozmowy. Czy mógłbyś powiedzieć, jak to się stało, że zostałeś dziennikarzem?

Obchodzimy obecnie piękną rocznicę. Mija 25 lat od pierwszych prawie wolnych wyborów i tak się składa, że mija również 25 lat od kiedy zacząłem robić fanzine o muzyce metalowej. Początkowo to była zabawa. Ekstremalne odmiany muzyki z rodzących się wówczas gatunków takich jak death-metal i jego pochodnych nie istniały w oficjalnych mediach. Nie było wówczas profesjonalnych magazynów o muzyce metalowej, więc jako młodzi licealiści domowymi metodami sami je tworzyliśmy. Potem z tego zupełnie amatorskiego działania przeszedłem na etap bardziej profesjonalny. Otrzymałem propozycję współtworzenia magazynu Thrash’em All, wówczas wiodącego jeśli chodzi o takie dźwięki w Polsce i od tego się zaczęło. Po drodze miałem różne przygody i zajmowałem się wieloma rzeczami, ale dziennikarstwo zawsze było obecne w moim życiu.

Według ciebie kim tak naprawdę jest dziennikarz? Jaka jest jest jego rola?

W tym temacie mogę się wypowiedzieć o dziennikarstwie zajmującym się szeroko pojętą kulturą popularną, gdyż dziennikarz piszący np. o gospodarce to trochę odrębna dziedzina, a i przy tym inna rola. W obrębie kultury kiedyś dziennikarz był źródłem informacji, a teraz pełni bardziej rolę filtra. Przy takiej ilości informacji, z jaką się codziennie stykamy, ludzie, którzy są zajęci swoim życiem czy pracą, mają zbyt mało czasu, a także narzędzi i ochoty, żeby przekopywać się przez te wszystkie dane w poszukiwaniu czegoś wartościowego i ciekawego. Dlatego ja widzę swoja rolę jako osoby, która odwala tę robotę za nich. W nawale zjawisk miernych lub co najmniej przeciętnych wyszukuje ciekawe rzeczy i proponuję je czytelnikowi. Widzę siebie bardziej jako popularyzatora zespołów lub zjawisk, które uważam za ciekawe, niż jako sędziego czy surowego recenzenta. Jednakże nie zawsze tak było. W początkowych latach mojej działalności dziennikarskiej byłem bardziej ostry w ocenach. Teraz zaś uważam, że ważniejsze jest wspieranie tych, którzy zasługują na promocję niż masakrowanie tego, co nie jest ciekawe.

A czy nie jest tak, że w przypadku takiej interakcji pomiędzy tobą a czytelnikiem tworzy się między wami pewna relacja? Tak naprawdę ty swoimi propozycjami coś dodajesz do ich muzycznej rzeczywistości, potencjalnie ją wzbogacasz, co sprawia, że po pewnym czasie chyba tworzy się pewne zaufanie względem twojego wyczucia lub gustu.

Myślę, że każdy znajduje sobie takiego dziennikarza czy medium, względem którego po jakimś czasie nabiera przekonania, że jest to ktoś, kto na zaufanie zasługuje. Raz, że ludzie potrafią wyczuć, kiedy ktoś im wciska kit, a kiedy pisze szczerze, a dwa, że to wszystko jest kwestią gustu. Cały czas obracamy się w jego sferze. Kiedy ktoś wyczuje, że jego preferencje są zbieżne z gustami Wojciecha Manna, to będzie słuchał audycji Wojciecha Manna regularnie, a kiedy interesują go klimaty, które puszcza pan Kydryński, to będzie słuchaczem jego audycji. Nie ma tutaj złotego środka. Trudno mówić o uniwersalnej prawdzie dotyczącej muzyki. Oczywiście są kryteria, które są obiektywne, ale oprócz tego jest duża doza subiektywnych ocen czy wrażeń i one są również bardzo wartościowe. Trzeba pamiętać również o tym, że żyjemy obecnie w czasach, w których ja jako dziennikarz niekoniecznie słyszę płytę wcześniej niż ci, do których adresuję opinię o tym albumie. Bardzo często oni znają daną płytę już wcześniej, tak więc myślę, że obecnie nasza rola polega również na pobudzeniu do pewnej dyskusji nt. czego się słucha i dlaczego, co artysta miał na myśli, do czego zmierza, co to wnosi do kultury muzycznej, jaki jest kontekst danego dzieła. Czas, w którym dziennikarze byli tym łącznikiem między muzykami a publicznością, kiedy wznosili okruchy z boskiego stołu i przynosili nagrania ludziom, którzy nie mieli do nich dostępu, dawno minął. Teraz wszyscy mają dostęp do wszystkiego i ludzie nie potrzebują nas w takiej roli.

Ja widzę to podobnie. Według mnie dziennikarstwo, również to związane z szeroko pojętą kulturą, ma ogólnie dwa aspekty. Dostarczanie informacji na dany temat, a także bądź to w oparciu o te informacje bądź o osobowość dziennikarza, przedstawianie innej perspektywy danego zagadnienia. Tak jak powiedziałeś, pobudzenie do pewnej dyskusji lub przemyśleń. Pokazanie czytelnikowi czy słuchaczowi czegoś z innej strony. A wracając do twojej odpowiedzi – wspomniałeś, że są obiektywne kryteria oceny materii muzycznej. Jakie kryteria masz tu na myśli, głównie aspekty instrumentalno-techniczne?

Tak. Obiektywnie można stwierdzić czy coś jest zrealizowane lepiej lub gorzej. Zdarzają się wyjątki, gdyż są płyty, które celowo są realizowane w estetyce lo-fi, a nagranie zawiera brudne czy brzydkie dźwięki, ale to zwykle słychać, kiedy ktoś dąży do takiego efektu, a kiedy po prostu nie wyszło. Do tego dochodzą aspekty technicznie, czysto wykonawcze, zarówno jeśli chodzi o instrumentalistów, jak i wokalistów. Mam tu na myśli to, czy ktoś fałszuje czy nie, czy gitarzysta ma technikę, czy perkusista pływa czy trzyma rytm. Te wszystkie elementy można ocenić, co nie musi mieć kluczowego wpływu na ocenę końcową. Są zespoły, które obiektywnie grają gorzej, ale są bardziej interesujące, jak i takie, które obiektywnie, czyli technicznie grają świetnie, ale swoją muzyką nic ciekawego nie wnoszą.

Powiedziałeś, że teraz wszyscy mają dostęp do wszystkiego. Jak oceniasz obecną łatwość w dostępie do muzyki? Często słyszę głosy, że obecnie jest za dużo muzyki, zespołów, że nie można odnaleźć się w tym oceanie dzięków. Ja osobiście postrzegam obecny stan, w którym jest tak wielki wybór muzyki, jako coś fantastycznego. Wynika to może z tego, że wychowałem się w w czasach i środowisku, kiedy nie było internetu, a tym samym nie było zarówno dostępu, jak i wyboru muzyki. Pochodzę z Podkarpacia, więc kiedy po uzbieraniu pieniędzy udawało mi się wyruszyć z kumplem po płyty, jeździliśmy 100 km do najbliższego sklepu w Rzeszowie, a potem jeszcze przez 2 godziny w pociągu cierpieliśmy katusze, nie mogąc włączyć zakupionego albumu, bo nie było jeszcze przenośnych odtwarzaczy CD. Według mnie muzyki nigdy nie jest za dużo. To tylko od nas zależy, czy podejmiemy wysiłek przefiltrowania tego, co jest obecnie dostępne. Jak ty się na to zapatrujesz?

Zanim odpowiem pozwól, że zapytam, skąd dokładnie pochodzisz?

Z Lubaczowa, to małe miasto niedaleko granicy z Ukrainą.

Zaciekawiło mnie to, ponieważ ja również jestem z Podkarpacia. Pochodzę z Dukli, więc ja także jeździłem do Rzeszowa po płyty (śmiech). A wracając do pytania – moim zdaniem ten dostęp do muzyki jest bardzo pozytywny. Tak naprawdę zazdroszczę moim młodszych kolegom, którzy do poziomu pewnego osłuchania czy muzycznego wyedukowania dochodzą w wieku dwudziestu lat, a mi to zajęło lat 30. Nie dlatego, że byłem leniwy, tylko dlatego, że po prostu nie miałem dostępu do tych wszystkich rzeczy. Jedynie jest mi trochę żal tego, o czym mówisz, ponieważ zdobywanie muzyki w taki trudny sposób miało swój walor. Jak mówię, ja również jeździłem do Rzeszowa, przed szkolną wycieczką do Krakowa prosiłem rodziców, żeby wpłacili parę złotych fundusz płytowy, ściągałem albumy ze wszystkich możliwych miejsc. Ten sentymentalny walor tamtych czasów, kiedy trudno dostępna muzyka w końcu do ciebie docierała, miał swoją wartość, gdyż wchodziłeś w posiadanie czegoś wyczekiwanego. A poza tym miałeś dużo czasu, żeby się tą muzyką cieszyć. Wtedy jak zdobywałeś jedną płytę na tydzień to było dobrze i po tygodniu znałeś ją na pamięć. Teraz nie ma czasu na zajmowanie się jedną płytą przez tyle czasu, bo w kolejce czeka tysiąc następnych. To jest ciemna strona tych nowych czasów. Nie ma się już tyle czasu, nie ceni się aż tak każdego pojedynczego tytułu, ale per saldo fajnie jest teraz mieć dostęp do tego wszystkiego.

Skoro rozmawiamy o otaczającym nas oceanie muzyki, jak w jego kontekście oceniasz obecny stan dziennikarstwa muzycznego?

Szkoda mi starej szkoły dziennikarstwa z jednego względu. W czasie kiedy tempo było mniejsze, ci dziennikarze, którzy pracowali dla większych i bardziej zamożnych mediów, głównie zagranicznych, jak np. Rolling Stone, mieli czas i fundusze, żeby jakimś tematem się naprawdę zająć. Reportaże Rolling Stone’a z lat 70-tych, 80-tych czy nawet jeszcze 90-tych to są dziennikarskie smakołyki, które już się nie zdarzają. Obecnie zarówno artysta, jak i dziennikarz nie mają takiego luksusu, żeby poświęcić sporo czasu na jeden temat, bo potwór internetu wymaga, by karmić go non stop. Mało kto ma teraz możliwość spędzenia kilku tygodni nad jednym tematem, ale to właśnie dzięki temu wtedy uzyskiwało się fenomenalne rezultaty. W takich sytuacjach pierwszy tydzień poświęcasz na to, żeby artysta w ogóle ci zaufał, a dopiero potem, kiedy zaczynacie się poznawać, wypływają fajne rzeczy, do których nie masz możliwości dotarcia nawet podczas godzinnego wywiadu. Tak więc tej minionej epoki dziennikarskiej mi trochę żal, jakkolwiek obecnie w jakimś stopniu rekompensują to książki o muzyce i zespołach. Ten staranny, wymagający setek godzin pracy rodzaj dziennikarstwa pojawia się teraz właśnie w tych publikacjach. Tam jest miejsce na takie opowieści i to jest pasjonujące. Minusem dziennikarstwa w dobie internetu jest tworzenie treści na szybko, co sprawia, że są one czasem powierzchowne, ale z kolei wielką zaletą internetu jest interakcja. Kiedyś dziennikarz pisał w próżnię i tylko jakiś wariat odnosił się do tego w liście, który docierał czy był publikowany po miesiącu, kiedy temperatura dyskusji opadała, a teraz reakcję na twoje treści dostajesz od razu. Oczywiście możliwość komentowania przez każdego naraża cię na ścieki, ale nierzadko na dany temat wywiązują się fenomenalne dyskusje ludzi z pasją. Czasem artyści także reagują na krytykę i to jest świetne. Interakcja jest wielką zaletą. Podsumowując można więc powiedzieć, że straciło się jedno, ale za to zyskało się coś nowego.

A jak zapatrujesz się na to, co tak naprawdę ja robię na tej stronie, czyli oddolne inicjatywy można rzec quasi-dziennikarskie, które w zasadzie nie stanowią medium, ale są pewną platformą, na której pojawiają się treści z pola dziennikarskiego? To jest chyba nowe zjawisko w świecie muzycznym.

Nie do końca. To istniało wcześniej w formie fanzinów a także, choć nie w Polsce, pirackich stacji radiowych. Funkcjonowało to w innym stopniu, niż obecnie, ale oceniam to jak najbardziej pozytywnie. Stwierdzenie wyrażane przez niektórych profesjonalnych dziennikarzy, że to czysta amatorka niskiej jakości jest zdecydowanie krzywdzące, gdyż wiele takich inicjatyw jest na wyższym poziomie merytorycznym niż tzw. profesjonalne media. Jednakże nie da się też ukryć, że sporo takich serwisów to po prostu słabizna założona chyba tylko po to, żeby było gdzie wyświetlać banery reklamowe, a inne z kolei grzeszą tym, że komuś wystarcza entuzjazmu na trzy miesiące. Ale ogólnie jest to świetna rzecz i ja jak najbardziej jestem za. Ja również z takiego właśnie świata pochodzę. Tak naprawdę bez takiej szkoły amatorskiej, bez pejoratywnego wydźwięku tego słowa, gdyż mówiąc „amatorski” mam na myśli głównie brak wynagrodzenia za wykonywaną czynność, ja nie wyobrażam sobie wejścia w ten zawód. W tej chwili żadne szkoły nie uczą tego, czym my się zajmujemy. Czasem ktoś mnie się pyta gdzie można zacząć robić to, co ja robię, od kiedy i do kogo się zgłosić. W tej chwili, mając wszystkie narzędzia pod ręką, nigdzie się nie trzeba zgłaszać. Trzeba to po prostu robić. Poprzez pisanie, mówienie, poświęcanie wielu godzi na praktykę, stajesz się w tym coraz lepszy. To nie jest jakiś dar od Boga. Jest to rzemiosło, które można uprawiać na porządnym poziomie wtedy, kiedy się je ćwiczy. Oczywiście musi być w tym i pasja, ale praktyka jest bardzo istotna.

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
Możliwość komentowania Wywiad: Jarek Szubrycht została wyłączona
 

Komentowanie wyłączone.

 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.