Wywiad: Jarek Szubrycht

14.06.2014

Jesteś również muzykiem, masz zespół. Patrząc na to z perspektywy dziennikarskiej można powiedzieć, że jesteś także po drugiej stronie barykady. Ta sytuacja pomaga czy przeszkadza w twojej pracy dziennikarskiej?

Pomaga, choć ja tak naprawdę nie czuję się muzykiem. Co prawda nagrałem kilka płyt i zagrałem ileś tam koncertów, ale jako wokalista zespołu wykonującego kiedyś ekstremalny metal, a teraz w zasadzie trudno powiedzieć co, nie czułem się muzykiem, gdyż nigdy nie komponowałem i nie grałem na żadnym instrumencie. Jednak funkcjonuję po drugiej stronie barykady, co uważam za wielki plus. To sprawia, że nie tak łatwo mnie oszukać. Znam studio i wszystkie sztuczki studyjne. Zżymam się często na kolegów po fachu, którzy mają problem w odróżnieniu miksu od masteringu. Jest to dla mnie absolutne karygodne, jeśli ktoś pisze o muzyce, a jest na tyle nieprzygotowany, że myli tak podstawowe terminy. Poprzez moją działalność w Lux Occulta znam trudy życia w trasie, funkcjonowania na scenie i dlatego, że sam tego doświadczyłem, jestem bardziej wyrozumiały dla artystów, ponieważ wiem, jak wiele trzeba wysiłku włożyć, żeby uzyskać konkretny efekt. Potrafię więc docenić, ale też i ocenić, kiedy ktoś robi coś na odpieprz. Ogólnie ze wszech miar mi to pomaga, tym bardziej, że jak mówiłem wcześniej, ja siebie postrzegam jako kogoś, kto popularyzuje ciekawe rzeczy. Dlatego też zupełnie nie przejmuję się podejściem forsowanym przez niektóre osoby ze środowiska mówiące o tym, że prawdziwy krytyk muzyczny nie powinien mieć znajomych wśród muzyków i te dwie grupy powinny być oddzielone grubym murem, bo tylko wtedy będzie zagwarantowany obiektywizm sądów. Ja w ogóle o to nie dbam, gdyż to nie jest moja rola. Ja nie czuję się krytykiem. Ja nie chcę decydować o czyimś muzycznym życiu lub śmierci. Mi bardziej imponuje John Peel [prezenter radiowy i dziennikarz muzyczny związany z BBC – przyp.red] niż na przykład Lester Bangs [dziennikarz m.in. Rolling Stone], słynący z ostrych sadów i tego, że muzycy się go bali.

Wspomniałeś, że obecnie to głównie książki i filmy o muzyce dają możliwość wniknięcia w materię głębiej. Tak się składa, że właśnie napisałeś taką książkę o legendzie polskiego i światowego metalu, zespole Vader i chciałem zapytać co tobie jako dziennikarzowi dała ta publikacja? Czy udało ci się wejść na poziomy, które byłyby pewnie nieosiągalne nawet w najdłuższym wywiadzie?

To co powiem w zasadzie odnosi się nie tylko do tej książki, ale ona również ma ten walor. Wydaje mi się, że na tak bardzo sformalizowanym rynku, jaki mamy obecnie, my muzyków poznajemy wtedy, kiedy oni, a może nawet bardziej spece od marketingu ich wytwórni decydują o tym, żebyśmy ich poznali. Odbywa się to w krótkim wycinku czasu promocji nowej płyty lub trasy i rozmowy przeprowadzane wtedy dotyczą głównie z góry ustalonych tematów, czyli zbliżającej się trasy, singla lub płyty. One zwykle wszystkie są takie same. Książka zaś gwarantuje pewien dystans. Umożliwia spojrzenie wstecz na niektóre aspekty i dzięki temu sami muzycy są w stanie spojrzeć z dystansem na swoje decyzje, dzieje czy losy. Widzą konsekwencje swoich decyzji i ta retrospekcja jest bardzo fajna. Na co dzień nie ma czasu i możliwości, żeby się temu wszystkiemu na spokojnie przyjrzeć, brakuje obrazu całości widzianej z pewnego dystansu. W przypadku Vadera mówimy o okresie 30 lat. Ich początki były bardzo skromne, grali w zagruzowanych kanciapach na ręcznie robionym sprzęcie, a teraz są w pełni profesjonalnym zespołem występujących w najlepszych klubach całego świata. Poznając i opisując to w dłuższej formie, można zobaczyć, jak długa to była droga i jak bardzo kosztowna, gdyż w ich karierze oraz życiach parę razy naprawdę bolało. Myślę, że ta książka to ciekawa historia po prostu na poziomie czytelniczym. Nie trzeba być zagorzałym fanem muzyki, a w szczególności metalu, żeby miło spędzić czas przy tej książce.

Ostatnie pytanie. Jeśli pozwolisz zahaczę w nim o twoje życie prywatne, ale w kontekście jak najbardziej muzycznym. Jesteś ojcem, masz dwójkę dzieci, jak ważna według ciebie jest muzyka w wychowaniu dzieci? Czy ty, będąc tak mocno zanurzony w tym świecie, chcesz przekazać swoim dzieciom zainteresowania muzyką czy może pozostawiasz to swojemu biegowi?

Mam wrażenie, że nie narzucam się z muzyką swoim dzieciom, natomiast nie zmienia to faktu, że ona ciągle u nas w domu gra. Moje dzieci same słuchają muzyki, na pewnym etapie zażyczyły sobie prezentów w formie odtwarzaczy mp3. Potem była prośby o wgranie muzyki, co wymagało pewnych negocjacji, gdyż niektórych rzeczy nie chciałem im wgrać, a na ich miejsce proponowałem inne.

Co na przykład?

Na „Ona tańczy dla mnie” czy „Gangam Style” jeszcze się zgodziłem, ale absolutnie oprotestowałem szmiry typu „Crazy Frog” czy inne transowo-discopolowe podkłady z obrzydliwym głosem niby zwierzęcia. Dla mnie to jest naprawdę szkodliwy hałas. Kiedy córka miała etap „Ona tańczy dla mnie” to jej na to pozwalałem, gdyż wiedziałem, że pewnie jej się znudzi, no ale to wyczerpało pokłady mojej tolerancji. Ale wiesz, córka z jednej strony słuchała disco polo, a jednocześnie sama prosiła o Sepulturę, tak więc nie było tak źle (śmiech). Muzyka była wokół nas cały czas, gdy dzieci jeszcze nie chodziły, tańcowaliśmy sobie na moich rękach, chodzimy na różne koncerty. Córka w tej chwili kończy pierwszą klasę szkoły muzycznej na fortepianie. To jest taki instrument, który pozwoli ugruntować jej zdolności muzyczne, gdyby chciała rozwijać swoje zainteresowania nawet na innym instrumencie. Ogólnie każde granie stymuluje rozwój mózgu, ale fortepian jest w tym aspekcie wyjątkowo wdzięcznym instrumentem. Syn też gra na pianinie, ale w jego przypadku to jest bardziej hobbystyczne. Trochę takie zajęcie higieniczne, jak w-f czy basen raz w tygodniu. Ale to wszystko odbywa się bez żadnego ciśnienia, nie pędzę ich do ćwiczeń. Tak naprawdę byłem ostatnią osobą w naszej rodzinie, która się zgodziła, żeby córka poszła do szkoły muzycznej.

Dlaczego? Miałeś jakieś zastrzeżenia?

Nie miałem wątpliwości, że dzieci powinny się uczyć gry na instrumencie, ponieważ dla ich rozwoju będzie to po prostu dobre. To był jej pomysł, ale obawiałem się czy posyłając ją do szkoły, nie chcę przypadkiem realizować swoich ambicji. Nie protestowałem więc, ale też nie paliłem się bardzo do tego pomysłu. Wszystko dzieje się naturalnie. Jesteśmy tak umówieni, że jeśli jej się znudzi, to może szukać przygód gdzie indziej, ale jak na razie jest fajnie. Co ciekawe, w tej sprawie zrobiłem konsultacje społeczne. Mam wielu znajomych muzyków i zapytałem ich na Facebooku czy powinienem wysłać dziecko do szkoły muzycznej czy nie. Wywiązała się dyskusja, która liczyła jakieś 300 wpisów, a głosy rozłożyły się mniej więcej po połowie, tak więc nic mi to nie dało i byłem tak samo skołowany (śmiech).

(śmiech) A to ciekawe. Ci muzycy, którzy odradzali ten pomysł mieli wątpliwości względem samej czynności nauki muzyki czy bardziej systemu jej nauki?

Chodziło o system. Ja znam świetnych samouków, ale w przypadku większości ludzi ktoś jednak musi cię uczyć muzyki, tak więc oni argumentowali, że ze względu na sposób organizacji szkół muzycznych w Polsce, to nie jest dobry pomysł. Było wiele głosów, że system nauki w tych placówkach to tresura i tak naprawdę nakładanie ograniczeń, ale w przypadku mojej córki jak na razie to działa, trafiła na świetnych ludzi, więc jest ok.

Rozumiem. Dziękuję za twój czas i rozmowę.

Rozmawiał: Krzysztof Bienkiewicz

Teksty Jarka Szubrychta na portalu T-Mobile Music są dostępne tutaj

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
Możliwość komentowania Wywiad: Jarek Szubrycht została wyłączona
 

Komentowanie wyłączone.

 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.