Wywiad: Misha Seidini / Lingua

06.01.2012

Co za pech. Chciałem porozmawiać z zespołem Lingua, żeby przedstawfanom rocka w Polsce ich nietuzinkowe granie rodem ze Szwecji, a tu taki niefortunny zbieg… Odpowiedź na naszą prośbę o wywiad przyszła po kilku miesiącach i to nawet wraz z dodatkowym komunikatem o… rozpadzie zespołu. Jak w nim czytamy, w obliczu odejściu z kapeli gitarzysty Mishy Seidiniego, Lingua postanowiła zakończyć swoją działalność. To właśnie Misha się do nas zgłosił i wywiad dla Oka miał być jego ostatnim, jakiego udzielił jak członek zespołu, tak więc nie mogliśmy więc pominąć takiej okazji. Nadeszła pewna grudniowa niedziela, zasiedliśmy przy odbiornikach i oto co wyniknęło z naszej długiej rozmowy:

RockOko: Witaj Misha, dzięki, że chciałeś z nami porozmawiać.

Misha: Nie ma sprawy, proszę bardzo.

RockOko: Chciałem zacząć ten wywiad od pytania, jaki jest zapach życia, które mogło być z Lingua [nawiązanie do tytułu debiutanckiego albumu zespołu „The smell of life that could have been”], ale po przeczytaniu oświadczenia o zakończeniu działalności Waszego zespołu, jak sadzę jest to życie, które już nie mogło dalej trwać. W komunikacie piszecie, że zdecydowałeś się opuścić zespół, ponieważ muzyka „przestała dawać”. Chciałem zapytać, czy muzyka przestała dawać na poziomie kreatywności, czy też w ogóle przestała być dziedziną, która Cię interesuje w życiu?

Misha: Myślę, że jedno i drugie. Jeśli mogę zacząć od początku, to przede wszystkim nie było jednego momentu, w którym zdałem sobie sprawę, że muzyka już aż tak mnie nie kręci. Stworzenie naszego ostatniego albumu „All My Rivals Are Imaginary Ghosts” zajęło nam około roku. Chcieliśmy spędzić nad nim tyle czasu, ile wymagałoby zrobienie płyty, z której bylibyśmy zadowoleni. Jednak przez to, że trwało to tak długo, w tym czasie nie tworzyliśmy żadnej nowej muzyki. Gdy ukończyliśmy prace nad płytą, powinniśmy włączyć znów kreatywność, rozpocząć pisanie nowych rzeczy. Jednak w tym właśnie czasie zdałem sobie sprawę, że chyba popadliśmy w stagnację. Zaczęliśmy coś robić z piosenkami dla naszego punkowego alter ego – Rövfitta, ale to były numery napisane już wcześniej. Myśleliśmy też, by zrobić coś w ramach Come Sleep [trzeci zespół w którym grają członkowie Lingua]. Planowaliśmy wydać naszą starą EPkę z kilkoma nowymi utworami, ale ponownie, te „nowe utwory” zostały napisane jeszcze przed „All My Rivals Are Imaginary Ghosts”. Więc tak naprawdę przez 2 lata żaden z nas nie napisał niczego nowego dla któregokolwiek z naszych zespołów. Graliśmy trochę koncertów, robiliśmy próby i to w tym czasie zacząłem myśleć, że chyba już nie chcę tego robić. Próby zaczęły mnie nudzić. Pamiętam jeden dzień, na jakieś 2 miesiące przed rozwiązaniem zespołu. Byliśmy w sali, grałem na gitarze i pomyślałem sobie, że jeśli dziś skończymy wcześniej, to zdążę jeszcze wrócić do domu i pójść pobiegać. To wydało mi się wtedy bardziej ekscytujące.

RockOko: Zacząłeś czuć, że próby stają się jakby obowiązkiem?

Misha: Nie, nigdy nie czułem przymusu. Po prostu czułem tylko, że mogę robić w tym czasie bardziej ciekawe rzeczy. Najlepszą rzeczą w naszym zespole było to, że nigdy nie wywieraliśmy na siebie presji. Nie czułem ciśnienia z graniem prób i nikt go na mnie nie nakładał. Po prostu kiedy grałem muzykę, nic już nie czułem.

RockOko: Jak reszta zespołu przyjęła Twoją decyzję?

Misha: Oczywiście był to dla nich wstrząs. Graliśmy razem przez 10 lat. Jesteśmy bardzo dobrymi przyjaciółmi. Byli poruszeni, ale również mnie zrozumieli.

RockOko: Czy oni także mieli poczucie, że utknęliście w miejscu?

Misha: Thomas [wokalista] kilka razy czuł tak jak ja. On również kilkakrotnie myślał o odejściu, ale ostatecznie nigdy tego nie zrobił. Patrik, nasz perkusista, on tak naprawdę nie ma dokąd pójść, że tak powiem. Kiedy ogłosiłem, że odchodzę, on powiedział mi mniej więcej coś takiego: „Rozumiem twoją decyzję, ponieważ wiem, że wokół ciebie zawsze musi się coś dziać. Wiem, że ciężko być ci w zespole, w którym nic się nie dzieje. Jednak mi w zupełności wystarcza to, że mogę sobie tutaj ładować w moje gary”. I on w zasadzie ma rację. Im samo wspólne granie sprawiało radość i do pewnego momentu mi również. Prawdopodobnie i ja bym został, gdyby muzyka nie przestała „dawać”.

RockOko: Minęło kilka miesięcy od Waszej decyzji, ale opublikowaliście ją dopiero teraz w grudniu. Możliwe, że to za krótki okres, żeby robić jakąkolwiek retrospekcję, ale ogólnie co Ci przychodzi na myśl, gdy pomyślisz o przygodzie zwanej „Lingua”, która wydarzyła się w Twoim życiu? W oświadczeniu piszecie, że muzyka była terapią. Co Ci dała ta terapia? Czy i z czego Cię wyleczyła?

Misha: Czas w Lingua był świetny okresem. Byliśmy najlepszymi przyjaciółmi. Przeżyliśmy razem zarówno mnóstwo świetnych chwil, jak i tych gównianych. Jeśli chodzi o terapię, to na pewno mi to pomogło. To mnie leczyło do momentu, w którym poczułem, że już nie potrzebuję terapii. Wiesz, ja byłem jednym z tych krwawiących artystów. Z tych, którzy wkładają w muzykę całą duszę. Każdy dźwięk, który grałem musiał zawierać 100% mojego czucia. Wiem, że to frazes, ale myślę, że wiesz co mam na myśli. Jednak z wiekiem, a mam teraz 32 lata, wiele innych rzeczy zaczęło dziać się w moim życiu i one sprawiły, że hm, jak by to powiedzieć… One po prostu sprawiły, że teraz czuję się dość szczęśliwym człowiekiem (śmiech). Mam córkę, ona ma 5 lat. Jest najcudowniejszą osobą na świecie. Mam rodzinę, tak więc kontynuacja grania tej raczej smutnej i emocjonalnej muzyki po prostu przestała pasować do mojego życia. Ja już tak nie czuję muzyki. Już nie chcę się wykrwawiać. Chcę być po prostu szczęśliwym człowiekiem. W dzisiejszym społeczeństwie, gdzie jest tyle rzeczy, które mogą cię wkurzać, myślę, że to jest wyzwanie. Łatwo jest wybuchać agresją, ale tak naprawdę zmagać się z życiem – to jest trudniejsze.

RockOko: A jak z muzyką w ogóle? Rozumiem, że straciłeś czucie grania tego typu dźwięków i emocji. Myślę, że nie jest łatwo pisać mroczne rzeczy, gdy czujesz się po prostu dobrze. Czy jest więc tak, że jeśli nie ma demonów, które muszą być uwolnione, to muzyka sama w sobie nie jest już dla Ciebie interesująca?

Misha: Wciąż słucham muzyki. Kocham ją. Wciąż siedzę w agresywnych klimatach i lubię zapodać sobie Toole czy Deftonsy. Ale kiedy biorę teraz do ręki gitarę, to jest już inaczej. Zawsze nabijałem się z radosnej muzyki, mówiąc, że nie jest szczera itp. Jednak teraz, gdy chcę coś zagrać lub nauczyć się czegoś nowego na gitarze, to gram właśnie takie piosenki. To nie jest dla mnie żaden wstyd. Traktuję to po prostu jako zabawę. Numery, które ostatnio próbowałem to np. „Panama” Van Halen czy „Can’t You Hear Me Knocking” Rolling Stones. Nie ma w tym żadnego metalu i jest to totalnie odrębne od wszystkiego, co grałem do tej pory. Nie piszę żadnych nowych piosnek, po prostu gram czyjeś utwory, ponieważ sprawia mi to przyjemność. To więc to jest chyba miejsce, w którym obecnie jestem, jeśli chodzi o muzykę. Gram piosenki dla przyjemności.

Muzyka była dla mnie na piedestale przez całe moje życie. Myślałem o niej, jak o mojej madonnie, choć traktowałem ją, jak dziwkę. Wiem, że to ostre słowa. Muzykę tworzą artyści. Oni wkładają w nią całych siebie. Jednak gdy spojrzysz na to w odwrotnym kierunku, to ja np. słucham jakiejś piosenki tak długo, jak mi się podoba, a potem ją po prostu wyrzucam. Nie można tak robić np. z ludźmi. Cieszę się, że na szczęście tak się nie robi z ludźmi i to mam na myśli mówiąc, że traktowałem muzykę, jak dziwkę. Jednak potrzebujemy, by ona była właśnie taka. Muzyka powinna nam dawać dokładnie to, co chcemy z nią zrobić. Ona była dla mnie zawsze na piedestale, ale teraz już nie jest. Zdałem sobie sprawę, że nie dbam o to, czy ktoś lubi moją muzykę, dlaczego więc inni artyści mieliby dbać o to, czy ja lubię ich twórczość.

RockOko: Wydaje mi się jednak, że to dosyć cienka linia. Oczywiście punktem wyjściowym całego zaangażowania w muzykę powinna być chęć grania takich dźwięków, jakie sam chciałbyś usłyszeć. Jakkolwiek w tym wszystkim jednak jest element odbioru oraz publiczności, czyż nie? Może tak naprawdę to będzie ciekawe pytanie. Czy zespoły istnieją bez publiczności?

Misha: Oczywiście, że tak. Popatrz tylko na nas. Gramy 10 lat. Dziesięć lat działalności zespołu Lingua, a my mamy ok. 400 osób, które kliknęły „Lubię to” na naszym Facebooku. To dosyć wyraźnie pokazuje, jak niewiele osiągnęliśmy jako zespół. Mówiąc to absolutnie nie obniżam znaczenia tych wszystkich osób, które nas polubiły. Kocham wszystkich naszych fanów, ale każdy powie, że 400 „lajków” po 10 latach grania jest prawie równoznaczne z brakiem egzystencji zespołu. My jednak byliśmy szczęśliwi. Robiliśmy to, co kochaliśmy i nigdy nie zmienilibyśmy tego na żaden kompromis.

RockOko: Robiliście więc to z czystej pasji, przyjaźni i przyjemności, co przywodzi na myśl kolejną kwestię, tym razem dotyczącą sposobu działania w branży muzycznej. Ok, postawmy sprawę jasno. Wy raczej nie byliście finansowo uzależnieni od działalności zespołu, prawda?

Misha: O nie. Znacznie więcej włożyliśmy tam kasy, niż cokolwiek z tego mieliśmy (śmiech).

RockOko: No właśnie i wydaje mi się, że brak elementu zależności finansowej w działaniu Waszego zespołu dawał Wam wolność i niezależność. Kiedy jesteś w kapeli, która rzuca na szalę wszystko, co ma, w ramach prób zrobienia „kariery” lub przynajmniej chęci życia z grania, to wydaje mi się, że to może zmienić podejście do zespołu lub też formy jego działania. W takiej sytuacji świadomość, że bez koncertów lub aktywnej działalności kapela praktycznie umiera, jest raczej dosyć mocna.

Misha: Oczywiście. To musi być wyzwanie, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Czasami w wywiadach lub po koncertach ludzie mówili nam jacy jesteśmy fajni, przez to, że tak mocno działamy na zasadzie „zrób to sam”. My jednak zawsze odpowiadaliśmy, że tak naprawdę nie działamy w ten sposób z wyboru. Wiele dałbym, żeby móc pracować z producentem z prawdziwego zdarzenia. Z kimś, kto mógłby dać mi zewnętrzną opinię nt. moich piosenek, podrzucić nowe pomysły. Nie każdy producent skupia się tylko na komercyjnej stronie współpracy i chce wyciągnąć jak najwięcej kasy z danego zespołu czy płyty. Niektórzy z nich mają naprawdę dobry słuch i potrafią ulepszyć piosenki. Dlaczego więc nie miałbym spróbować takiej współpracy? Jednak, jak ze wszystkim, może być to zrobione w dobry lub zły sposób. Jeśli pieniądze wyrosną na tak ważny element działalności zespołu, to możesz stać się jak Nickelback lub tego typu kapele. Oni tak naprawdę nigdy nie byli zbyt alternatywni, ale popatrz na nich teraz. Grają tego stadionowego rocka, a za tym wszystkim stoi już naprawdę wielki biznes. Oczywiście nie mogę się wypowiadać za nich czy im podobne zespoły, ale w moim odbiorze tam już w znikomym stopniu chodzi o muzykę.

RockOko: Jeśli chodzi o działalność zespołu, czy zastanawiałeś się może kiedyś, co tak naprawdę decyduje o tym, że niektóre kapele stają się znane czy rozpoznawalne, a inne nie? Czy to kwestia promocji, umów, które podpisały lub nie, kontaktów, szczęścia. Może wszystkiego po trochu?

Misha: Myślę, że jest w tym każdy z tych elementów.

RockOko: Czy Wy jako Lingua mogliście zrobić więcej w kontekście zaprezentowania Waszej muzyki szerszemu gronu odbiorców?

Misha: O tak, z pewnością moglibyśmy zrobić więcej, gdybyśmy się do tego przyłożyli. My byliśmy kapelą z klasycznym podejściem do grania w zespole. Zawsze wierzyliśmy, że trafi nam się menadżer czy ktoś tego typu, kto pomoże nam w tych sprawach. Z drugiej jednak strony nigdy nie chcieliśmy iść na żadne kompromisy. To było tak, jakbyśmy powiesili nad naszym zespołem wielki, neonowy napis mówiący: „Nie będziemy współpracować!” (śmiech). Kto więc chciałby pracować z takim zespołem? Ale ja kocham Lingua. Jestem dumny, z tego co zrobiliśmy. Mieliśmy jednak takie podejście i rozumiem ludzi, którzy nie byli za bardzo skorzy do współpracy z nami.

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
Możliwość komentowania Wywiad: Misha Seidini / Lingua została wyłączona
 

Komentowanie wyłączone.

 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.