Wywiad: Piotr Grudziński / Riverside

12.03.2012

Znacie sytuacje, kiedy w przeciętnych okolicznościach dzieją się nieprzeciętne rzeczy? Moje spotkanie oraz rozmowa z gitarzystą Riverside, Piotrem Grudzińskim, była właśnie takim przypadkiem. Spotkaliśmy się w lutowe popołudnie, w środku tygodnia, w niczym specjalnym się nie wyróżniającej się kafejce. Jednak gdy zasiedliśmy przy kawie i rozpoczęliśmy rozmowę, otaczająca nas rzeczywistość fajnie przygasła, a my popłynęliśmy w poniższy dialog: 


RockOko (Krzysztof Bienkiewicz): Witaj Piotr. Dziękuję za spotkanie i możliwość odbycia z tobą rozmowy.

Piotr Grudziński: Witaj, nie ma sprawy.

Chciałbym zacząć od pytania, które od czasu do czasu zadaję wybranym gitarzystom. Czy gitary, które posiadasz, reprezentują twoją osobowość? Mam na myśli ich brzmienie, kształt, kolory.

Myślę, że gitary, które mam w jakiś sposób mnie reprezentują, ponieważ większość z nich jest zrobiona tzw. „customowo”, czyli pode mnie. Te wszystkie gitary Mayonesa, które posiadam, są wykonane dokładnie tak, jak chciałem, żeby były zrobione. Mają wybrane przeze mnie wykończenia, markery.

A co decydowało o tym, że preferowałeś takie, a nie inne wykończenia czy kolory. Jakie twoje indywidualne preferencje miały na to wpływ?

Jeśli chodzi o kolor, to ja zawsze lubiłem czerń. Wywodzę się ze środowiska metalowego, gdzie czarny zawsze był kolorem dominującym. Poza tym ja po prostu lubię czerń, nie ukrywam tego. Przez długi okres w moim życiu ubierałem się na czarno i wszystko, co miałem w domu było czarne, więc to mi trochę zostało. Z pewnych młodzieńczych rzeczy tak szybko się nie wyrasta, ale ja powoli zmieniam swoje nawyki i upodobania, mam więc nadzieję, że w przyszłości gitary będą w trochę innych kolorach. W zasadzie już takie mam, ostatnio sprawiłem sobie jedną w kolorze jasnobrązowym. Co do innych rzeczy na gitarach to są jeszcze tzw. markery, czyli znaczniki na poszczególnych progach, które również wyrażają moją osobowość. Ja sobie tam walnąłem mój astrologiczny znak, czyli ryby. Nie jestem może jakimś wielkim fanem horoskopów, nie czytam ich na co dzień, ale kiedyś natrafiłem w jednej książce na opis mojego znaku i było w nim niewiele rzeczy, z którymi bym się nie zgodził odnośnie mojego charakteru czy tego kim jestem. To było jak miałem może 15 lat, nawet nie pamiętam, co to była za książka, ale to jakoś we mnie zostało. Jak mówię, nie czytam horoskopów, ale wiem, że gdy coś się wydarzy, to jest w tym pewna charakterologia danego znaku i często się to zgadza z tym, co jest napisane o moim, czyli rybach.

Poza tym myślę, że generalnie pewne rzeczy powinny coś prezentować. Jeśli masz coś na sobie, czy to na gitarze motywy zdobiące, czy na ciele tatuaże, to uważam, że nie powinny być to obrazki z przysłowiowej „dupy”. One powinny coś oznaczać, powinny mieć znaczenie i staram się, żeby tak było w moim przypadku.

Powiedz, jakim jesteś gitarzystą? Jesteś typem, który nie potrafi rozstać się ze swoim instrumentem, czy może sięgasz po niego tylko wtedy, gdy w danym momencie poczujesz chęć grania lub tworzenia?

Przede wszystkim ja tak naprawdę uważam siebie za grajka, a nie muzyka.

Na czym polega różnica?

Dla mnie muzyk to przede wszystkim osoba wykształcona w tym kierunku. Taka, która ma muzykę w małym palcu nie tylko na poziomie gry na instrumencie, ale również na poziomie teoretycznym. Tak ja to określam i dlatego samego siebie nazywam grajkiem. Ja nigdy przesadnie nie ćwiczyłem. Byłem raczej leniwy, zwłaszcza że kiedy uczyłem się grać na gitarze, zupełnie nie spodziewałem się, że ona odegra w moim życiu tak ważną rolę. Jestem typem osoby, która sięga po gitarę wtedy, kiedy mnie coś trafi, kiedyś coś poczuję. Traktuję instrument jako narzędzie do przekazania emocji. Takich, jakie mam w sobie i takich, o których umiem opowiedzieć.

Zgodziłbym się z twoją definicją muzyka, ale wydaje mi się, że jest jeszcze jedna płaszczyzna odróżniająca od siebie ludzi związanych z muzyką i ona w moim odczuciu przebiega po linii kreatywności czy też wyobraźni. Niedawno rozmawiałem z dziewczyną, która posiada edukację muzyczną i zdolności technicznie gry na pianinie, potrafi zagrać Chopina, Bacha itd., ale kiedy nasza rozmowa zeszła na poziom kreacji, to usłyszałem od niej, że bardzo chciałaby przekazać i stworzyć dźwięki oddające jej emocje na opanowanym przez nią instrumencie, ale po prostu tego nie potrafi.

I właśnie tutaj ja rozdzielam muzyka od artysty. Muzyka traktuję jako osobę, która dostając nuty potrafi zagrać wszystko. Artysta z kolei to ktoś, kto potrafi oddać sztukę, niekoniecznie posiadając w tym zakresie wykształcenie. Nie trzeba mieć umiejętności muzyka, by móc przekazywać dźwięki.

Idąc tropem tych słów, czy Ty w takim razie nie podpadasz pod taką definicję artysty?

Możliwe, ale ja nie uważam się za artystę. Ja jestem tylko częścią pewnej maszyny. Funkcjonuję jako jeden element w grupie głosów, które wydaje nasz zespół. Wkładam swoją cegiełkę do tego co tworzymy razem, daję tam siebie, swoje pomysły, ale całość jest wynikiem interakcji pomiędzy nami. Nigdy nie uważałem się za osobę, która byłaby w stanie stanąć nagle sama na scenie i błyszczeć. Z wielu powodów nie umiałbym wziąć odpowiedzialności tylko na siebie, ponieważ nie mam takiego charakteru ani nie jestem artystą. Lubię miejsce, w którym jestem. Lubię być częścią jakiejś całości. Miejsce, które mam w tym zespole, bardzo mi odpowiada.

Chciałbym na moment wrócić do wydarzeń z zeszłego roku, ponieważ jak sądzę, zagranie na Woodstocku było dla was dosyć intensywnym przeżyciem. Powiedz mi, jak to czuć, kiedy stajesz przed 500 000 tłumem?!

No muszę Ci powiedzieć, że łydkom daje się to we znaki (śmiech). To było niesamowite przeżycie, choć szczerze powiedziawszy początkowo, gdy dowiedziałem się, że mamy tam zagrać to osobiście, nie byłem wielkim entuzjastą tego pomysłu.

Dlaczego?

Może gdzieś podświadomie miałem strach przed występem dla tak ogromnej publiczności. Ja nigdy nie miałem czegoś takiego, że od pierwszego wejścia na scenę poczułem się jak ryba w wodzie. Przez wiele lat uczyłem się obycia na scenie. Na samym początku grania byłem podczas koncertów sztywny, ludzie mnie w jakiś sposób paraliżowali. Dopiero z czasem, z roku na rok i wraz z coraz większą ilością koncertów, które graliśmy, stawałem się coraz bardziej otwarty. Zaczynałem się więcej ruszać na scenie. Dla mnie przejście przez ten proces było i jest rozwojem emocjonalnym, uczeniem się samego siebie. Tak więc przez lata oswajałem się z tym, no ale Woodstock to zupełnie odrębna kategoria. Z racji samej liczby ludzi wyjście przed półmilionowy tłum było czymś, czego jeszcze nie doświadczyłem.

Czy to jest tak, że jak ludzie coś zaśpiewają czy wzniosą okrzyk po zakończeniu numeru, to z ich strony idzie np. potężna fala dźwięku? Nawet jeśli nie dokładnie każde gardło wyda głos, nawet jeśli będzie tylko 1/5 tłumu, wciąż jest to 100 000 ludzi!

Idzie fala, idzie. Poczuliśmy to już przed wyjściem na scenę. Przed nami grał Helloween i my staliśmy z boku na scenie pod koniec ich występu, kiedy oni grali swojego hiciora „I want out”. To, jak ludzie się wtedy wydzierali w refrenie tego numeru, było absolutnie niesamowite. Stałem tam i nie wierzyłem. Nigdy w życiu nie słyszałem takiego wrzasku. Tak więc tuż przed wyjściem na scenę dostaliśmy jeszcze takiego ciosa, że trzeba tam wyjść i z tym się zmierzyć. No ale w końcu przyszła nasza pora i zaczęliśmy grać. Początek był może trochę niemrawy w naszym wykonaniu, ale w którymś momencie zdaliśmy sobie sprawę, że jak nie teraz, to kiedy. Poczuliśmy, że tu jest tak dużo ludzi, że słabo byłoby się skompromitować, więc gdzieś tak od połowy drugiego numeru zaczęliśmy grać ze sobą i już było lepiej. Ogólnie nasz występ oceniłbym na 4 minus lub 4. Gdy pojawiły się pierwsze filmiki np. na owsiaknet, to po ich obejrzeniu stwierdziłem, że jednak fajnie się to ogląda. Następnego dnia rozmawiałem z moimi rodzicami, którzy powiedzieli mi, że się popłakali, oglądając nasz występ, więc były również dobre emocje i myślę, że ogólnie wypadło pozytywnie.

Fajnie, że Woodstock tak się rozrasta. Skład zespołów na ten rok jest także imponujący. Ministry, Machine Head, w planach był Anthrax. Z roku na rok Woodstock jest więc coraz większy, choć jedyną rzeczą, którą można by poprawić na samym festiwalu jest organizacja zaplecza tej imprezy. Mam tu na myśli np. oznaczenie dróg dojazdu dla osób, które nigdy wcześniej tam nie były. My jesteśmy z Polski, a mieliśmy duży problem z dotarciem na miejsce koncertu. Kluczyliśmy po Kostrzynie i nikt nie był w stanie nas poinformować, jak tam dojechać. Pytaliśmy o drogę celników, policjantów, ale wszyscy dawali nam niejasne wskazówki, tak że zajęło nam trochę czasu, zanim dotarliśmy na miejsce festiwalu. Drugą trochę słabą opcją było to, że dojazd na scenę odbywa się tą samą drogą, którą poruszają się wszyscy uczestnicy festiwalu. Tak więc na trasie podjazdu pod scenę masz rzędy kilkudziesięciu toi-toi i setki osób, które do nich czekają. Jedziesz przez tłum poruszając się z prędkością 10 km/h, więc i w tym aspekcie mogłoby to być trochę inaczej zorganizowane. Wiem, że festiwale rządzą się swoimi prawami, szczególnie te organizowane w takich dzikich miejscach jak Woodstock, no ale te dwa niuanse bym zmienił. Pamiętam np. nasze dwa występy na festiwalu Bospop w Holandii. Tam już przy zjeździe z autostrady były oznaczenia, która droga jest dla artystów, a która na parkingi dla fanów. Wjazd dla zespołów czy dziennikarzy jest z całkiem innej strony niż ten dla publiczności i z organizacyjnego punktu widzenia to jednak ma znaczenie.


Piotr na Woodstock 2011

(fot. Robert Grablewski)

Ok, zahaczmy teraz o inny aspekt zaangażowania w muzykę. Jesteś muzykiem, a więc masz dostęp do całej wiedzy technicznej i wszystkich procesów zarówno odnoszących się do tworzenia, jak i nagrywania muzyki. Czy w momencie, kiedy jesteś odbiorcą dźwięków, nie jest to czasem skazą? Mam na myśli sytuację, kiedy np. słuchając jakiegoś numeru, z automatu masz w głowie porozkładane poszczególne ścieżki albo chcąc nie chcąc, od razu wiesz, co i jak zostało nagrane?

Nie, ja jestem zupełnie normalnym odbiorcą muzyki, przy czym jedna różnica jest taka, że jeżeli jestem na koncercie i coś się dzieje na scenie albo dźwięk jest nie taki, jaki powinien być, to wiem dlaczego tak jest.

Wyszukujesz takie zgrzyty?

Nie, nie wyszukuję ich. To jest dosyć proste, jak pójdę na koncert i wszystko fajnie gra, to mi się podoba. Jeśli nie brzmi fajnie – to mi się nie podoba. Ok, jak gra dobry gitarzysta to czasem skupię się na gitarze, ale też bez przesady. Wszystko zależy kto i jak gra. Ja nie jestem odbiorcą, który szuka dziury w całym.

Na ile dla ciebie niezadowolenie jest częścią kreatywności? Czy po nagraniu płyty traktujesz ją jako rzecz kompletną, zamkniętą i nie zastanawiasz się nad tym, co by jeszcze można zmienić, czy może jednak po jakimś czasie wyobraźnia podszeptuje ci motywy, które można byłoby poprawić lub zagrać inaczej?

To się objawia w trochę inny sposób. Rzeczy, które uważam, że mógłbym zrobić inaczej, przenoszę na koncerty. Jeżeli nagrałem coś w studiu i to już zostało zamknięte, to koryguję dany motyw na koncertach. Podczas występów zmieniam rzeczy, które nie do końca mi się podobały czy też ulepszam je według mojego aktualnego myślenia na temat danej partii. Jak wcześniej powiedziałem, staram się w mojej grze przekazywać emocje, tak więc dany motyw często powstaje spontanicznie. Pojawia się w momencie, w którym podpowiedziały mi to emocje danej chwili. Staram się łapać takie momenty, żeby miały one efekt świeżości. Czasem uda się wychwycić dobry dźwięk i pierwsza melodia, która wpadła do głowy zostaje, a czasem jest tak, że nie do końca to siedzi. Niekiedy przytrafia mi się melodia, od której nie mogę się uwolnić i cały czas chodzi mi po głowie i gitarze, ale nie uzyskuje ona szerszej aprobaty i chłopaki nakłaniają mnie, żebym to zmienił, bo to według nich jest słabe. W takich chwilach dobrze jest być w zespole, ponieważ czasem jest potrzeba takiej opinii z zewnątrz. To daje fajny balans.

Ale zwykle ulegasz, czy jednak bronisz danego motywu?

Tak, czasem bronię, niekiedy trzeba postawić na swoim. Są momenty, kiedy nie jestem czegoś pewien, ale są i takie, kiedy twardo stawiam na swoim, mówię, że tak mi się podoba, tak ma być i tyle. Czasem każdy musi przełknąć swoją gorzką pigułkę. Mi się też nie zawsze wszystko podoba, ale trzeba umieć to zaakceptować. Należy mieć swoje zdanie, ale w zespole musi być i jakaś demokracja. Na samym początku naszego grania przez długi czas staraliśmy się, żeby dany moment w muzyce podobał się każdemu z nas, na tyle, żeby każdy powiedział „jest ok, zostawiamy”. Kiedy ktoś coś marudził, to staraliśmy się to zmienić, choć gdy coś się nie podoba to ważne jest, by umieć zwerbalizować przyczynę niezadowolenia. Dobrze jest wiedzieć nad czym trzeba pracować, by to zmienić. Generalnie zawsze staraliśmy się, żeby podobało się wszystkim, nawet jeśli nie w 100%, to żeby więcej było za niż przeciw. A jak gramy tak, że wszystkim siedzi i wszyscy mają ciary, to jest najfajniej. I takie momenty zdarzają się dosyć często.

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
  1. Agnieszka

    03.05.2012 o godz. 19:09

    Świetna rozmowa. Obu panom gratuluję wrażliwości i umiejętności głębokiego spojrzenia na otaczającą rzeczywistość. Także dziękuję za zostawiony ślad ;) Życzę równie inspirujących wywiadów!

     
 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.