Wywiad: Piotr Grudziński / Riverside

12.03.2012

Rozmawiamy o kreatywności, ale tworzenie muzyki to również mozolna praca. Całe dnie spędzone w sali prób czy studio, godziny poświęcone na nagrywanie czy poprawianie niuansów i detali, przygotowywanie tras, oprawy. Jak sądzę jest cała gama wielu czynności, które dla znacznej części odbiorców muzyki są nieznane lub niewidoczne. Gdy jestem na koncertach jakiegoś zespołu promującego wydaną zaledwie przed kilkoma miesiącami płytę, czasem słyszę w rozmowach ludzi czy nawet dziennikarzy z muzykami pytanie typu „no to kiedy możemy się spodziewać następnej płyty?”. W takich sytuacjach zwykle myślę sobie, czy ci, którzy zadają takie pytania, nie traktują trochę zbyt lekko całego nakładu pracy, jaki wiąże się ze stworzeniem, nagraniem, wydaniem i promocją płyty. Czy nie podchodzą do tego na zasadzie „no dobra, ten wasz nowy produkt jest fajny, ale kiedy będzie można dostać coś jeszcze nowszego”. Czy masz podobne wrażenia czy może inaczej na to patrzysz?

Odpowiadając ci na to pytanie, zboczę trochę z odpowiedzią i nawiążę do tego, co jest teraz na fali, czyli całej kwestii ACTA. Wiesz co, ja mam czasem wrażenie, że ludzie szanują tylko swoją własną pracę. A najbardziej szanują ją wtedy, kiedy jest ona fizyczna. Czasami wydaje mi się, że ludzie myśląc o rozrywce, czyli np. kinie czy muzyce, traktują ją tak, jakby ona była im dana z urzędu. Uważają, że mogą ją mieć w każdej chwili, ponieważ jest łatwo dostępna, w każdej chwili mogą ją sobie ściągnąć. Patrzą tylko na produkt ostateczny, na efekt końcowy i nie zastanawiają się, jakich potrzeba środków, żeby ten film czy album powstał i że dla kogoś to też jest praca. Ludzie szanują swoją pracę czy to fizyczną, czy biurową. Naturalnie uważają to za wysiłek, za który na koniec miesiąca należy się stosowne wynagrodzenie. A muzyka jest dla nich czymś, z czego korzysta się w czasie wolnym, po powrocie do domu, kiedy włączasz sobie muzyczkę, która ma być dostępna i po prostu jest. Nie wiadomo skąd ona się bierze, najważniejsze, że jest. I tu mam zarzut, że ludzie często o tym nie myślą. Szanują swoją pracę, ale nie szanują pracy innych osób i ciężko jest im to zrozumieć, bo dla nich jest to rzecz z kategorii „rozrywka”. Idąc po tej linii, ja jako osoba wykonująca ten zawód czy działająca w tej branży, często jestem postrzegany jako osoba niepoważna. Ponieważ jest to dla mnie zabawa, ponieważ przychodzi mi to spod małego palca, ponieważ cały czas piję wódkę, jestem rozrywkowy, kręci się rock’n’roll, a ja niczym się nie przejmuję. Sądzę, że spora część ludzi w ten sposób o tym myśli, że tworzenie muzyki czy jakiejkolwiek sztuki to jest cały czas zabawa, a ci, którzy to robią, tylko imprezują, dostają przy tym kupę kasy i żyją jak pany.

Faktycznie, istnieje takie wyobrażenie, choć ciekawie byłoby sprawdzić, ile z tych osób tak naprawdę chciałoby spróbować tego „rock’n’rollowego” życia. Ja nie znam tego z autopsji, ale mogę spróbować sobie wyobrazić np. codzienność trasy, kiedy trzeba wcisnąć się na kilka tygodni do blaszanego pudełka z kilkoma lub kilkunastoma osobnikami o odrębnych charakterach i dymać dzień w dzień po kilkaset kilometrów z jednego miejsca na drugie.

Dokładnie. Każda praca ma swoje uwarunkowania. Uwarunkowaniem pracy muzyka rockowego jest to, że na trasie czasem są imprezy, oczywiście, nie ukrywam tego. Jednak w momencie wykonywania pracy, czyli grania koncertu, takie rzeczy absolutnie nie wchodzą w grę. My nigdy nie wychodzimy na scenę „pod wpływem”. To, co robię po koncercie, czyli po swojej pracy, to jest mój wolny czas, tak samo, jak każdego człowieka, który wraca do domu i walnie sobie drinka czy pójdzie na dyskotekę. Ludziom się wydaje, że jeżdżąc w trasy, zwiedziłem większość Europy, ale już nie do końca dociekają, ile podczas tych wyjazdów tak naprawdę widziałem, gdyż w trasie widzisz świat głównie zza szyby pojazdu. Cały czas po prostu jedziesz i jedziesz i to jest uwarunkowanie mojej pracy, także to trzeba też lubić. Dochodzi też ten element, o którym powiedziałeś, że jesteś zamknięty z dziesięcioma czy piętnastoma chłopa w autobusie i musisz być przygotowany na to, że każdy ma swoje humory. A poza tym do tego wszystkiego jest do wykonania robota. Praca nad koncertem zaczyna się w momencie dojazdu na miejsce występu, ekipa rozkłada sprzęt, jest próba, potem koncert i sprzęt jest znów składany, tak więc często to jest więcej niż te przysłowiowe 8 godzin, które trzeba odbębnić w tzw. tradycyjnej pracy. Pewnie, że może w tej sytuacji nie ma jakiegoś złego szefa, który stoi i cię ocenia, ale my dla naszej ekipy w pewnym sensie jesteśmy szefami. Nie jesteśmy może tak restrykcyjni, że zabraniamy sobie walnąć piwko, bo dopóki praca jest wykonana dobrze i nic nie nawala, to my się nie przypieprzamy. Trzeba jednak pamiętać o tym, że ekipa również wymaga od zespołu. Oni nam rozkładają sprzęt, więc chcą, żebyśmy zagrali najlepszy koncert, jaki możemy i tak to wszystko działa.

To, że tak się złożyło, że muzyka może być moim źródłem utrzymania, było również efektem podjęcia pewnych wyborów, choć oczywiście był w tym i łut szczęścia. Ja zdaję sobie sprawę, że ludzie dążą do ułatwiania sobie życia, nie do utrudniania, każdy chce dobrze żyć, ale nie każdy jest w stanie podjąć pewne ryzyko. Ludzie boją się zaryzykować, ponieważ są w to uwikłane różne sytuacje rodzinno-materialne. Nie mają odwagi podjąć pewnych decyzji, ale z drugiej strony zazdroszczą innym.

Po części rozumiem pragnienie jak największej częstotliwości pojawiania się nowej muzyki. Było nie było to jest i ma być rozrywka, poza tym tak jak powiedziałeś, ludzie widzą tylko efekt końcowy. Wychodzi płyta, jest koncert, wpadasz do klubu, walniesz pianę, jest fajnie, gra muzyka, kończy się występ, wracasz do domu, tak więc dla odbiorcy cały czas jest fajnie, ponieważ widzi tylko końcówkę całego procesu.

Dlatego wracając do twojego pierwotnego pytania, jestem w stanie zrozumieć to, że ktoś się pyta kiedy następna płyta, ponieważ fan cały czas potrzebuje nowych doznań czy emocji. My jednak jesteśmy zwolennikami takiego podejścia, żeby ludziom dawać od siebie trochę odpocząć. Na przykład staramy się nie grać zbyt często koncertów w tym samym miejscu, tak żeby ludzie czuli bardziej niedosyt, niż przesyt.


(fot. Robert Grablewski)

Wszystkie pytania, które Ci zadaję i jeszcze zadam odnoszą się do Ciebie, ale to następne jest z nich chyba najbardziej bezpośrednie, ponieważ jego częścią jest twoje zdanie o sobie samym. Zaciekawiło mnie, gdy natrafiłem na nie na twoim profilu na stronie Riverside i brzmi ono tak: „Cieszę się, że rozumiem coraz więcej, właśnie teraz, kiedy na nic jeszcze nie jest za późno.” Kiedy jest lub też kiedy byłoby za późno?

Hm, jak by Ci odpowiedzieć. Najbardziej bałbym się w życiu tego, że poróżniłem się z kimś bliskim i nie miałbym odwagi czy też byłbym na tyle w tej sytuacji uparty, że nie mógłbym się z nim dogadać. Kiedy nie byłbym w stanie powiedzieć tej osobie ważnych rzeczy, nawet w sytuacji, kiedy ta osoba odchodzi, nawet w obliczu śmierci. Ja bywam nerwowy czy uparty, ale ogólnie zostałem wychowany w taki sposób, żeby jednak łagodzić konflikty, a nie je podtrzymywać. Uważam, że nie ma takich zdarzeń, które mogłyby mnie poróżnić z kimś tak bardzo, że nie moglibyśmy już nigdy ze sobą rozmawiać. Oczywiście to wymaga zaangażowania dwóch stron, ja sam w tym temacie nic nie zdziałam, ale jednak zawsze lepiej jest próbować coś zmienić w takiej sytuacji, niż potem czegoś żałować. I ja w takich przypadkach robię tyle, ile mogę. Do tej pory mam dwie czy trzy sytuacje w życiu, które mnie bolą, ponieważ potoczyły się tak, a nie inaczej. Jest to związane z ludźmi, którzy byli mi bliscy, ale niestety odsunęliśmy się od siebie.

Próbowałeś to zmienić?

Wiesz co, tak. Wydaje mi się, że zrobiłem tyle, ile mówi mi mój własny charakter i tyle, że nie przekroczyłem jeszcze momentu, w którym już bym się praktycznie poniżał. Myślę, że zrobiłem już na tyle dużo, żeby komuś coś wyjaśnić, pokazać, że schowałem swoją dumę do kieszeni i przyznać się do winy, ale nikogo nie będę zmuszał, żeby mnie lubił czy był moim przyjacielem. I takie rzeczy powinno się w miarę możliwości robić na świeżo. Nie można dopuścić, żeby to zastygło, ponieważ potem jest tylko coraz trudniej.

A wracając do zacytowanego przez Ciebie zdania, to zastanowiłem się na początku nad kierunkiem odpowiedzi, ponieważ jest w niej jeszcze drugi aspekt. Podane przez Ciebie zdanie mówi również o moim stosunku do rodziców i do tego, jak zostałem wychowany. I w tym kontekście uważam, że do pewnych rzeczy w życiu trzeba dorosnąć. Rodzice przekazują nam wiedzę, z której trzeba czerpać, ale zaczynamy to rozumieć dopiero po osiągnięciu pewnego wieku. Tak było i ze mną. Ja dopiero z wiekiem coraz bardziej rozumiałem to wszystko, czego uczyli mnie rodzice. Teraz wiem, że to jaki jestem, zawdzięczam tylko i wyłącznie im. Ja nie byłem może jakimś super buntownikiem, choć mając naście lat, miałem jakieś swoje występki młodości, ale zawsze szanowałem dom, rodziców i to, co mieli do powiedzenia. Wiedziałem, że gdy mi coś mówili czy nakazywali, to nie po to, żeby zrobić mi na złość, ale żeby mnie czegoś nauczyć. Pewnie, że przez to, że rodzic jest za ciebie odpowiedzialny i kocha cię, czasami może bywa nadopiekuńczy, ale niektórzy ludzie to źle odbierają lub nie doceniają i robią wszystko wbrew czy też myślą, że starzy się nie znają i nie mają racji. Ja zrozumiałem, że to jaki jestem, wynika z wychowania mnie przez rodziców. Jeżeli chodzi o charakter, to jestem dokładnie połową mojej mamy i połową mojego taty. Ostatnio w jakimś filmie usłyszałem bardzo fajne zdanie, że jesteśmy wszystkim tym, co w naszych rodzicach najlepsze i najgorsze. I ja bym się z tym zgodził. Oczywiście my te otrzymane cechy w jakiś sposób modyfikujemy w sobie, ale rzeczywiście dużo przejmujemy od rodziców.

Masz dobre relacje z rodzicami?

Mam bardzo dobre relacje. Bardzo sobie cenię to, że miałem normalne dzieciństwo i szczęśliwy dom. Moi rodzice tworzą normalną rodzinę, nie bogatą, raczej biedną. W swoim życiu nauczyli się przede wszystkim miłości i przekazywania tego uczucia swojemu dziecku, ponieważ ja jestem jedynakiem. Nauczyli mnie też szanowania siebie. Nie rzeczy, ale siebie nawzajem. Od tego każdy człowiek powinien zacząć. Jeżeli nie ma tej podstawowej rzeczy, czyli szacunku dla siebie i najbliższych, to im dalej w życie, tym gorzej. Dlatego ja ludzi szanuję, lubię, szukam w nich dobrych rzeczy, nie złych. Choć są i tacy, którzy już nigdy mnie nie przekonają. Są po prostu nieuleczalni (śmiech).

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
  1. Agnieszka

    03.05.2012 o godz. 19:09

    Świetna rozmowa. Obu panom gratuluję wrażliwości i umiejętności głębokiego spojrzenia na otaczającą rzeczywistość. Także dziękuję za zostawiony ślad ;) Życzę równie inspirujących wywiadów!

     
 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.