Wywiad: Robert „Litza” Friedrich / Luxtorpeda

20.04.2013

Wstęp do tego wywiadu będzie dosyć krótki. Dlaczego? Dlatego, że bohater poniższej rozmowy swoim osiągnięciami artystycznymi i dorobkiem muzycznym już na stałe wpisał się w historię muzyki rockowej w Polsce, a obecnie pisze jej nowe rozdziały, rozprzestrzeniając, jak sam to określa “interpersonalny rock” tworzony przez jego najnowszą, Luxtorpedową załogę. Przed przejściem do wywiadu z Robertem “Litzą” Friedrichem wszystkim zainteresowanym jego lekturą chciałem tylko przywołać naczelną zasadę wyznaczającą charakter rozmów, które przeprowadzam na RockOko. W moich wywiadach zawsze staram się rozmawiać przede wszystkim z ludźmi, którzy są muzykami, a nie odwrotnie. Tyle tytułem wprowadzenia, a że zbliżamy się już do dziesiątej linijki tego akapitu, czyli paragraf wstępny ostatecznie rozrósł się bardziej niż zakładałem, zapraszam do lektury tekstu.

fot. Wojciech Baścik

Witaj Litza, dziękuję za twój czas i zgodę na wywiad. Spotykamy się dzisiaj przy okazji koncertu Luxtorepdy, który odbywa się w ramach akcji “Wierność jest sexy i od tego tematu chciałem zacząć rozmowę, bo ciekawią mnie twoje przemyślenia w tej sprawie. Jak myślisz, dlaczego ludzie się zdradzają?

W człowieku jest dużo miłości własnej, miłości egoistycznej, skierowanej ku sobie samemu. Tymczasem miłość do drugiej osoby jest bardzo rzadko spotykana i ja uważam, że nie jest ona naturalną cechą ludzką, lecz daną nam od Ducha Świętego. To dzięki Duchowi Świętemu ja np. w małżeństwie jestem już od 25 lat. To, że mam jedną żonę, cały czas ją kocham i potrafię się w niej zakochać po raz tysięczny jest sprawą jakiegoś cudu. Serce człowieka generalnie jest stworzone do kochania. Człowiek bardzo szybko się zakochuje, łatwo popada w zauroczenie, no ale kwestia w tym, jak sprawić, żeby dwoje ludzi wytrwało razem do końca. To w dzisiejszym czasach, choć w zasadzie nie tylko dzisiejszych, a w każdych czasach, jest naprawdę cudem.

A ile w tym wszystkim jest wysiłku? Czasami wydaje mi się, że obecnie w relacjach międzyludzkich trochę go brakuje. Tego trudu podjęcia pracy nad relacją.

Nie chciałbym moralizować, gdyż wysiłek zakłada pewne moralizowanie, ale mogę powiedzieć, że dopóki człowiek nie przejedzie się na tej własnej miłości egoistycznej i nie dostrzeże, że wszystko to, co ofiarowuje samemu sobie w życiu, czyli praca, wypoczynek, sukces itd. tak naprawdę nie dają mu szczęścia, dopóty nie zacznie szukać innego rodzaju miłości. Tak naprawdę mówię teraz o sobie. Ja w moim życiu “zbankrutowałem” na tej miłości egoistycznej, a potem odnalazłem dziewczynę, następnie żonę i wtedy okazało się, że dawanie jest bardziej sycące i cieszące, niż branie. Generalnie mało się o tym mówi, choć samo mówienie o tym może być niewielką pomocą. Najlepiej tego doświadczyć na własnej skórze. W naszej rodzinie się to realizuje poprzez przynależność do wspólnoty katolickiej, która nas wspiera. Dwa razy w tygodniu odbywają się liturgie, po których wracam do domu w takim stanie, jakby ktoś rzucił snop światła na moje życie. Wtedy nie ma miejsca na te ciemności, które prowadzą mnie w ślepy zaułek. Nie błądzę, gdyż to światło mi pokazuje, dlaczego cierpię, dlaczego jest mi źle. Czuję się niedobrze dlatego, że nie kocham drugiej osoby, a taka liturgia pomaga mi kochać żonę, dzieci, służyć im i wtedy jestem dopiero naprawdę zadowolony.

Znalazłem ciekawy cytat na temat wierności autorstwa Juliana Tuwima. Powiedział on kiedyś, że “wierność to silne swędzenie z zakazem podrapania się”. Co o tym sądzisz?

Czy to zdanie chce powiedzieć, że grzech to jest dobro zakazane?

Myślę, że również tak to można zinterpretować.

Jeżeli byłaby taka interpretacja, że grzech jest dobrem zakazanym, co bardzo często jest właśnie tak traktowane, to dla mnie to jest totalny moralizm i nieprawda. Grzech niszczy człowieka i degraduje go od środka. Grzech jest śmiercią samą w sobie, śmiercią w czystej postaci. Co to znaczy? To oznacza, że od środka jestem naprawdę zepsuty i tym swoim zepsuciem jeszcze zarażam innych. To ma wymiar społeczny i niszczy drugiego człowieka. Kiedy wróciłem do kościoła i pytałem o sprawy grzechu czy spowiedzi, zauważyłem, że grzech był często traktowany indywidualistycznie na zasadzie “grzeszę, ale pójdę to tej szafy zwanej konfesjonałem i tam to wszystko zostawię”. To tak nie działa. Grzech ma wymiar zewnętrzny. Niszczy nie tylko mnie, ale również moją rodzinę, przyjaciół. Tak w ogóle wybacz, ale ja muszę mówić o takich aspektach duchowych, bo ja inaczej nie potrafię tego wytłumaczyć. Wiem, że nie robię wywiadu do “Gościa Niedzielnego”, ale ja nie umiem inaczej.

Ale ja jak najbardziej jestem za tym, żebyś mówił o tym co i jak czujesz oraz doświadczasz.

Właśnie, a propos doświadczenia. Mnie chrześcijaństwo jako religia w sensie idei kompletnie nie interesuje. Ja jestem praktykantem od samego urodzenia. Lubię doświadczać rzeczy. Mogę przeczytać recenzję efektu, gitary czy wzmacniacza, ale dopóki go nie sprawdzę, to nie wierzę żadnej recenzji. Tak samo recenzja chrześcijaństwa nigdy mnie nie interesowała. Znałem ludzi, którzy byli w kościele, ale oni nigdy nic dobrego mi nie powiedzieli i właściwie żyli jak wszyscy inni. Ale był taki moment, w którym spotkałem ludzi, którzy mówili, że znają Boga i oni żyli inaczej. Mieli dużo radości bez względu na swoje wcześniejsze doświadczenia i to mnie zaciekawiło. Spróbowałem, doświadczyłem i teraz jestem bardzo szczęśliwy, że mogę tam być.

A wracając jeszcze do grzechu. W Polsce w dzieciństwie wielu ludzi miało edukację katolicką np. w formie katechezy. Ja nie miałem takiej edukacji, dlatego dla mnie słowo “grzech” początkowo nie miało żadnego znaczenia i wartości. Kiedy byłem poza kościołem, miałem własne poczucie sumienia, wiedziałem, że się źle czuję, kiedy robię krzywdę drugiej osobie, ale pojęcie grzechu było dla mnie zawsze spotkaniem z czymś, co prowadzi mnie do depresji, smutku, niezadowolenia, do braku sensu. To, co chcę teraz powiedzieć, wesprę przykładem. Często mówi się: “ta kobieta jest warta grzechu”, ale gdyby zamienić słowo “grzech” na “śmierć” i to zdanie brzmiałoby: “ta kobieta jest warta śmierci”, to wtedy byłoby to zupełnie inaczej traktowane. Oczywiście zdarzają się sentymentalne, romantyczne zakochania, gdzie mężczyzna jest gotowy oddać życie w pojedynku za kobietę, ale ja mówię o prawdziwym życiu i realnej miłości, która realizuje się w byciu ze sobą, a nie w marzeniach i wizjach w głowie.

Ale myślę, że pewnie każdy miałby swoją własną definicję miłości.

Z tym że wywiad robisz ze mną, więc ja mówię o mojej definicji.

Masz rację.

Ja nie chcę wkraczać na teren niczyjej wolności. Każdy człowiek jest wolny i tę wolność może sobie spożytkować i przeżyć jak potrafi najlepiej. Ja próbowałem zrobić to na różne sposoby, ale moja prawdziwa wolność zaczęła się realizować dopiero w małżeństwie, w tym, że jestem ojcem, dziadkiem. Ta substancja wolności najlepiej daje się formować i najwięcej przyjemności sprawia wtedy, kiedy kochasz. I nie siebie, tylko drugiego.

fot. Monika S. Jakubowska

W kontekście wierności ciężko nie wspomnieć o twojej żonie, tak więc używając muzycznej metafory, zaprośmy na scenę osobę, która zwykle stoi w cieniu reflektorów. Czy mógłbyś powiedzieć, jak ważna jest żona zarówno w życiu prywatnym, jak i w twojej działalności artystycznej?

Nie wiem czy słowo “ważna” jest adekwatne, bo to trochę tak jakbyś zapytał jak ważny jesteś dla siebie samego. Małżeństwo jest jednym ciałem, jednością i my z żoną się uzupełniamy. Z tym że to nie jest tak, że ja jestem wybrakowany i np. ja jestem 0,5, moja żona jest 0,5 i jak jesteśmy razem to powstaje 1. Mnie kręci matematyka i idąc tropem liczb, gdy pomnożysz sobie 0,5 przez 0,5 to wynik będzie 0,25, prawda? Tak więc tu chodzi o to, że ona jest „jeden” i ja jestem całym „jeden”. Jesteśmy w pełni ludźmi, nic nam nie brakuje, ale będąc razem tworzymy coś nowego. To jak sól, która jest związkiem chemicznym dwóch składników. Jeden z nich jest wybuchowy, drugi trujący, ale jeśli się połączą, to wtedy mają one sens i tworzą coś wartościowego. Podobnie z nami. Tak samo ja jestem egoistą, moja żona jest egoistką, ale nagłe połączenie w tym czymś tajemniczym zwanym miłością powoduje, że tworzy się coś nowego. Niedawno pojechałem do znajomych. Miałem przyjechać z żoną, ale ostatecznie byłem sam i przez cały czas pobytu oni patrzyli na mnie, tak jakby coś było nie tak. Jakby mi czegoś brakowało. Nie wiedzieli, czy to może przez to, że nie mam okularów, czy coś innego, aż ktoś w końcu powiedział “ty, no przecież nie ma Dobrochny”. I rzeczywiście, jak gdzieś jadę, jestem bez niej, to czuję się niepełny.

W jednym z wywiadów powiedziałeś ciekawe i uważam, że ważne zdanie, które brzmiało: „Im jestem słabszy, tym pogodniejszy i mniej ranię innego człowieka”. To jest bardzo mądre zdanie, ponieważ wg mnie jedną z największych bolączek współczesnego człowieka jest to wysiłkowe zakrywanie własnych słabości. Wydaje mi się, że gdyby człowiek przybrał odwrotną postawę, czyli zaakceptował i ujawnił swoje słabości, to tak naprawdę mogłoby mu to dodać siły.

To zdanie ma też taki kontekst, że chcę zrobić wiele rzeczy o własnych siłach, ale to czasami jest bardzo trudne i wiele razy się zawala. Ale w moim przypadku, kiedy jestem słaby, to mam kogoś, kto mnie wspiera i mi pomaga. W momentach słabości oddaję te wszystkie moje troski, plany, prace, życie małżeńskie i mówię “Panie Boże ratuj, bo ja nie jestem w stanie tego wszystkiego zrobić. Jeśli istniejesz, pomóż”. I on mi pomaga, realnie, dając mi siły do zrobienia rzeczy, które początkowo wydawały się niemożliwe. Ta “słabość” ma przełożenie również na zespół. Widzę, że dobrze, gdy w zespole jest pięciu niewybitnych, przeciętnych muzyków, artystów czy wokalistów, bo ci przeciętni ludzie tworzą razem i wtedy to staje się silne. Znam zespoły, w których są wybitni instrumentaliści, ale oni nie grają. Podobnie, jak nasi piłkarze.

(śmiech) Przed kolejnym pytaniem ponownie nawiążę do jednej z twoich wypowiedzi, tym razem nt. muzyki. Powiedziałeś raz, że kiedy patrzysz na piosenkę, to ona ma dla ciebie kolor, jakiś kształt, czyli działa to trochę na zasadzie synestezji. W tym abstrakcyjnym kontekście chciałbym cię zapytać – gdyby od takiej decyzji zależało życie twoje lub twoich bliskich, co wolałbyś stracić: wzrok czy słuch?

(pauza) Wiesz co.. (pauza). Nie wiem. To jest trudne pytanie. Nic nie chciałbym stracić.

Nie spróbujesz?

Hm.

Ja bym zostawił sobie słuch.

A ja wzrok.

Dlaczego jednak wzrok?

Dlatego, że lubię patrzeć na życie, na piękno jego stworzenia.

A ja bym zostawił słuch, dlatego że już znając ten świat, myślę, że poprzez słuch byłbym w stanie go poczuć bardziej niż w odwrotnej sytuacji.

Trudno powiedzieć, bo to są dla nas zmysły tak oczywiste, że ciężko sobie wyobrazić życie bez nich. Ja wiem jedno. Gdybym się znalazł w miejscu, gdzie jest ciemno, ale w którym słyszałbym jakiś głos, to bałbym się bardziej niż w odwrotnej sytuacji. Boję się ciemności, nie lubię jej.

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
  1. Żero

    19.05.2013 o godz. 20:28

    bardzo fajna rozmowa

     
 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.