Wywiad: Sonny Sandoval / P.O.D.

15.07.2013

Polska publiczność długo musiała na nich czekać. Ostatni raz w Polsce byli w 2000 roku kiedy supportowali Korna. Dwa lata temu był już potwierdzony koncert w Warszawie, ale niestety w ostatniej chwili w wyniku nierzetelności organizatora została odwołana cała europejska trasa. Ale w końcu udało się. Po 13 latach P.O.D. zawitali do Polski i wystąpili na Lemon Festival w Łowiczu. Przed koncertem zespołu miałem okazję spotkać się z wokalistą formacji, Sonnym Sandovalem i porozmawiać o tym co było, jest i będzie się działo na muzycznej (i nie tylko) ścieżce załogi z San Diego. W celu przeprowadzenia wywiadu w miarę sprzyjających warunkach, menadżer zespołu zaprowadził mnie i Sonnego do garderoby ekipy technicznej P.O.D., po wejściu do której zostaliśmy otoczeni romantycznym blaskiem kilkudziecięciu świeczek rozstawionych po całym pomieszczeniu. „Sory stary, padło światło, może tak być?”. Jak najbardziej mogło być i w takiej to przyjemnie wyciszonej atmosferze zasiedliśmy z Sonnym do rozmowy:

(fot. Mike Nakhla)

Witaj Sonny. Dziękuję za twój czas na rozmowę. W tym roku P.O.D. powróciło po kilku latach milczenia z nowym albumem „Murdered love”. Przed ukazaniem się płyty czytałem, że tym razem chcieliście po prostu nagrać muzykę, wydać ją i zobaczyć, co się stanie. Powiedz mi więc, co się stało od wydania płyty, jakie są reakcje na wasz najnowszy album?

Reakcje są świetne. Mamy szczęście, że przez te wszystkie lata udało nam się zbudować bazę fanów, dzięki której możemy robić trasy po Stanach czy przyjechać po 10 latach do Europy i wypełnić małe kluby. Z tym że nam nie zależy na biznesowej stronie muzyki, nie skupiamy się na tym, ile sprzeda się płyt czy też ile zapełnimy sal.

Przez jakiś czas nie byliście aktywni. Czujesz, że wasi fani wciąż są z wami?

Czuję, że prawdziwi fani pozostali. Wiesz, każdego dnia ktoś ma czternaste urodziny i odkrywa muzykę. Niektóre nasze piosenki powstały więcej niż 14 lat temu, a pomimo tego reakcje na nasz powrót są świetne. Odbyliśmy świetne trasy po USA i będziemy to robić, dopóki nie będziemy musieli przestać.

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że “P.O.D. to podziemna kapela z garażu”. Czy naprawdę tak o sobie myślicie, czy masz może na myśli wasz status w obecnej sytuacji branży muzycznej?

My zawsze tacy byliśmy. Mieliśmy okres, w którym udało nam się osiągnąć sukces, ale w momencie podpisywania kontraktu z dużą wytwórnią graliśmy razem już przez 7 lat. Wtedy po prostu nastąpił okres, w którym zostaliśmy zauważeni. Myślę, że to przez nasze inne, bardziej pozytywne w porównaniu z większością rock’n’rollowców spojrzenie na życie. To się zbiegło ze szczególnym wydarzeniem ataków terrorystycznych w Nowym Jorku [tak się złożyła, że płyta „Sattelite“, która jest największym komercyjnym sukcesem P.O.D. weszła do sprzedaży dokładnie 9 września 2001). Cały świat pogrążył się wtedy w chaosie i my byliśmy jednym z zespołów, na który publiczność zwróciła uwagę, ponieważ w tym czasie ludzie chcieli usłyszeć coś pozytywnego. Ale teraz nikt już o to nie dba. Wszystko powróciło do starych, samolubnych praktyk. Każdy znów robi, co chce, króluje seks, narkotyki i rock’n’roll, kapitalizm i ciśnienie na jeszcze więcej pieniędzy. Jednak my się nie zmieniliśmy. My pozostaliśmy tacy sami, podczas gdy wszyscy wokół się zmienili.

Mogłoby się wydawać, że w obecnym stanie świata zawsze powinno być emocjonalne zapotrzebowanie na zespół taki jak wasz, czyli niosący pozytywne przesłanie.

Cóż, żyjemy w samolubnym świecie i społeczeństwie opartym na podejściu ja-ja-ja. Widzę, że świat wokół nas rozpada się od środka, ale nikt nie chce tego zmienić. Nikt nie chce mieć przekonań. Niektórzy mówią, że chcą, ale tak naprawdę niewiele robią w tym kierunku. Ludzie nie chcą już słuchać treści niosących wiarę, takich, jakie stara się przekazać P.O.D. Jest o wiele bardziej przyjemniej słuchać kogoś, kto ci powie „rób co tylko chcesz, pal, pij, na nic nie patrz“.

Poza tym, jeśli chodzi o muzykę ludzie w Ameryce są bardzo rozpuszczeni. Rozmawiamy nawet między sobą, że chyba powinniśmy grać więcej koncertów w Europie niż w Stanach, ponieważ wraz z internetem pojawiło się teraz bardzo dużo zespołów. Tysiące kapel przyjeżdża do twojego stanu lub miasta i nie ma już zapotrzebowania na coś prawdziwego. Zupełnie inaczej jest np. w Ameryce Południowej. Zajęło nam 15 lat, by tam dotrzeć, ale kiedy ostatecznie nam się udało, na nasz koncert przyszło 15 000 ludzi. Niektórzy z nich jechali 24 godziny, by nas zobaczyć. To było niesamowite, szalone, nie mogliśmy w to uwierzyć, ale oni tacy tam są w podejściu do muzyki, której słuchają.

Muzycy często mówią, że dla nich muzyka to terapia i że dzięki niej mogą uwolnić swoje demony lub negatywne emocje. W przypadku P.O.D. wygląda jednak na to, że terapeutyczny aspekt muzyki w dużej mierze dosięga również waszych fanów. Czy mógłbyś się podzielić jakąś konkretną historią obrazującą, jak muzyka P.O.D. działa na ludzi, którzy was słuchają?

Oglądałem raz program muzyczny w telewizji i zapytano tam jedną dziewczynę, czym jest dla niej muzyka P.O.D. i ona odpowiedziała, że jest to lek na jej serce i to była najlepsza rzecz, jaką usłyszałem o naszej twórczości. To mnie naprawdę wzruszyło. Gramy już razem od 21 lat, mieliśmy swoje upadki i wzloty, jesteśmy braćmi, to niepodważalne, ale bywa również, że jesteśmy sobą zmęczeni. Jednak gdy zaczynamy razem grać to wszystko odchodzi w zapomnienie, a to co robimy nabiera sensu. Kiedy zrobiliśmy sobie 5-letnią przerwę, szukałem każdej możliwej przyczyny, żeby odejść na stałe. Byłem zmęczony tą branżą, ponieważ jest w niej mnóstwo zakłamania. Dlatego mówię, że jesteśmy garażowym zespołem, ponieważ kiedy my zaczynaliśmy grać, nikt z nas nie miał marzeń typu „pojedźmy do Hollywood, zostańmy gwiazdami rocka i zaróbmy miliony“. W tamtym czasie chodziło tylko o wspólne granie muzyki, ponieważ cudownie się z tym czuliśmy. Tak więc kiedy zrobiłem sobie przerwę naprawdę myślałem, by skończyć z tym na dobre, ale czasem zdarzają się rzeczy, które odciągają cię od danych decyzji. Pamiętam, jak byłem w Brazylii, gdzieś na jakimś pchlim targu i nagle podszedł tam do mnie jakiś chłopak i znienacka opowiedział łamanym angielskim, jak nasza muzyka zmieniła jego życie. Wiesz, to jest mocne. Ktoś wypatruje cię w kraju, w którym nigdy wcześniej nie byłeś i opowiada ci takie rzeczy. I podobnie na koncertach. Niektóre z naszych piosenek są starsze niż dzieciaki pod sceną, ale pomimo tego oni śpiewają wszystkie teksty. Widzę, że ludzie mają łzy w oczach. Muzyka ma moc i to mnie nakręca. Będę to robił dopóty, dopóki to będzie miało jakieś znaczenie dla kogokolwiek, kto będzie słuchał. Nie dla mas, ale dla tego jednego dzieciaka.

Ok, grasz dla ludzi, ale co z tobą?

To również ma dla mnie znaczenie, ale musisz pamiętać, że dla mnie to także praca. Mam rodzinę, żonę, trójkę dzieci, tak więc tu jest także kwestia jak długo mogę to robić i być nieobecny w życiu moich dzieci. Czuję, że mam wpływ na ludzi w muzyce, ale moje działanie musi pozostawiać piętno najpierw w mojej rodzinie. Nie chcę zrujnować życia moich dzieci. Nie chcę, żeby po latach powiedziały, że taty nie było przy nich, bo tworzył muzykę dla innych ludzi. Chcę zachować balans pomiędzy tymi dwoma światami. Gdyby było mnie na to stać, byłbym tutaj z rodziną. Zabieram mojego syna na niektóre nasze trasy po Stanach i pokazuję mu, co jego tato robi i on to rozumie.

Ile on ma lat?

Będzie miał sześć, kiedy wrócę do domu. Tak więc w tym wszystkim są kwestie rodzinne, ale także cała szarpanina i wysiłek związany z tą branżą. My tak naprawdę zawsze przepychaliśmy się w tym interesie. Ludziom się wydaje, że przez to, iż jesteśmy na trasie w Europie, to znaczy, że jesteśmy dużym zespołem i mamy kasę. Nic z tego. Tak naprawdę my tracimy pieniądze, przyjeżdżając tu na trasę. Ale robimy to, ponieważ chcemy. Przyjeżdżalibyśmy tu 2, 3 razy w roku, ale to naprawdę jest wysiłek. Dajesz tak dużo od siebie, a czasami znajdujesz się w sytuacji 3 kroki naprzód, 3 w tył. I wiesz, obecnie jest mnóstwo zespołów, które są po prostu bardzo słabe. Nie mają żadnego przesłania, treści, nie potrafią nawet grać na instrumentach, ale mimo tego wypełniają hale, przyjeżdżają do Europy i tłuką kupę kasy.

Jak myślisz, dlaczego tak jest? Przez to, że są wyprodukowani i przedstawieni ludziom w „fajny“ sposób? Jeśli tak, czy ktoś nie mógłby powiedzieć tego samego o was? Swego czasu wy też mieliście fajne teledyski, które mogły przyciągać publiczność.

Tak, ale musisz pamiętać o historii. W naszym przypadku to nie stało się z dnia na dzień. Minęło 9 lat naszego funkcjonowania jako zespół, zanim zaistnieliśmy szerzej. Znienacka udało nam się zebrać owoce tego, co robiliśmy przez długi okres czasu. Z tym że kiedy już osiągniesz sukces, znajdziesz się w tej sytuacji, zaczynasz się zastanawiać, czy tak naprawdę chcesz tam być. To dlatego odsunąłem się od tego, ponieważ nie chciałem, żeby nasze granie straciło znaczenie. Nie chciałem już być kurą znoszącą złote jajka dla wytwórni. Gdy ponownie zeszliśmy się, wróciliśmy na naszych warunkach, jechaliśmy w trasy zgodnie z własnymi decyzjami i nagraliśmy płytę, tak jak sami tego chcieliśmy, ponieważ to wszystko płynie z naszych serc i nikt nie jest w stanie nam tego odebrać. Nikt nie może już na nas zarabiać, mówić nam, co mamy robić czy sugerować, jak powinien funkcjonować nasz zespół. Kto kupi płytę, ten kupi, ale wciąż są fani, którzy przychodzą na nasze koncerty i to jest niesamowite. Gramy teraz na festiwalach. Nie było nas w Europie 10 lat, tak że na rozkładzie jesteśmy dosyć wcześnie, ale pomimo tego, kiedy zaczynamy występ, ludzie zbierają się pod sceną. Kiedy kończymy – wszyscy się rozchodzą i to jest niewiarygodne. Patrzymy na to z wielką pokorą. Takie chwile sprawiają, że chcemy to robić, ponieważ to pokazuje, że wciąż są ludzie, którym zależy.

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
  1. Witkac

    18.07.2013 o godz. 18:17

    Wielki szacun !!!

     
 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.