Wywiad – Sorry Boys

29.08.2012

Po raz pierwszy punktem wyjściowym do stworzenia treści wstępu do wywiadu nie była dla mnie myśl i przekazujący ją tekst, lecz zdjęcie. Dlaczego? Dlatego, że muzyka zespołu Sorry Boys, którego członkowie są bohaterami poniższej rozmowy, zawiera elementy, które są częścią znajdującego się poniżej tego paragrafu obrazu. Zwiewność, zmysłowość, lekkość, delikatność, zamyślenie, niedopowiedzenie. I o tego typu emocjach, muzyce, upływie czasu i kilku innych sprawach porozmawialiśmy z wokalistką zespołu Izabelą Komoszyńską oraz gitarzystą Tomaszem Dąbrowskim. Przed wami Sorry Boys:

Witajcie. Zastanawiałem się, jak rozpocząć ten wywiad i po chwili namysłu postanowiłem na wejście walnąć z grubej rury. Ale bez obaw, nie będzie żadnych eksplozji. Chciałem się jedynie podzielić myślą, która pojawiła się przy pierwszym zetknięciu z waszą muzyką, a miało to miejsce podczas występu w „Cudzie nad Wisłą” w Warszawie kilka miesięcy temu. Wyszliście na scenę, zaczęliście grać, Iza zaczęła śpiewać, zwrotka, refren, dymy, światła. Stałem tam zaskoczony, poruszony, zasłuchany i wtedy przyszła ta myśl: „Jak to możliwe, że jej głos pachnie kawą?!”. Iza, skąd ty masz taki wyjątkowy głos i tak oryginalny styl śpiewania? Czy to wypadkowa twoich inspiracji i tego, jak ty sama chciałabyś śpiewać?

Iza: Dziękuję bardzo. Styl śpiewania to rzecz bardzo osobista. Ja, ogólnie rzecz biorąc, wstydzę się śpiewać. Nigdy nie podśpiewuję tak sobie, bez powodu. Więcej śpiewam w myślach. Śpiewanie „Sto lat” lub kolęd to coś, co wymaga ode mnie dużego wysiłku. Śpiew jest dla mnie formą bardzo osobistej, intymnej wręcz ekspresji, może dlatego, że nie uczyłam się śpiewać, a może dlatego nie chciałam uczyć się śpiewać. Traktuję śpiew odświętnie. Na co dzień mówię zupełnie inaczej. Śpiewa trochę inna osoba, na co dzień ona jest uśpiona.

Jaka jest ta „uśpiona osoba” w porównaniu do ciebie na co dzień? Czy np. na scenie budzi się w tobie większa śmiałość, otwartość?

Iza: Zdecydowanie tak. Koncert to są emocje, na które nie można sobie pozwolić na co dzień. Społeczne konwenanse wciskają nas bardzo mocno w ramy tzw. przyzwoitych zachowań. Wydaje mi się, że dziś wbrew pozorom, mimo całego wyzwolenia obyczajowego, ludzie są bardziej skrępowani niż 50 lat temu. Bohemy są raczej passe. Modne jest bycie pięknym i raczej przyzwoitym. Nie oceniam tego, po prostu tak jest.

Iza

(Fot. Maria Grudowska)

W waszej muzyce jest dużo wyobraźni i kreatywności. W moim odbiorze ona objawia się w arażancjach waszych piosenek, które charakteryzują się zarówno różnorodnym instrumentarium, jak i małymi detalami wplecionymi w linie melodyczne. Na ile to bogate, dźwiękowe spektrum jest zaplanowane przed nagraniem, a na ile rodzi się spontanicznie w studiu?

Iza: Pewne pomysły rodzą się w studiu, ale zdecydowana większość powstaje w domu, na poziomie demo. Wynika to w głównej mierze z tego, że w studiu, które nie jest tanie i które jest opłacane „za godzinę” po prostu nie ma na to czasu. Poza tym lubimy być przygotowani. W studiu pojawiają pomysły, a raczej rozwiązania, które muszą powstać. Tak było na przykład z utworem „Roe Deer at The Rodeo”. Męczyłam się nagrywając wokal do tej piosenki. Efekt ciągle był nie najlepszy. W końcu kiedy w przerwie wszyscy dla rozluźnienia wyszli na papierosa, zaczęłam śpiewać to oktawę niżej. Kiedy Tomek i Bodek wrócili do studia i usłyszeli tę wersję, stwierdzili, że udało się wydobyć to, o co chodziło w tej piosence.

Tomek: Z natury jestem osobą, która większość spraw planuje. W studiu było kilka wyjątków, ale nie aż tak dużo, by był to powód do stresu, że portfel się kurczy i godziny uciekają. W studiu po prostu zaczyna być wszystko wyraźnie słychać jak na tacy. Czego jest za dużo, czego za mało, co jest złe. Tak też było z utworem „Caesar On Fire”. Pierwotnie miał inny charakter, inny podział i inne gitary, a potem od początku został zaaranżowany na nowo. Uwielbiam detale w muzyce. Jestem w stanie przesłuchać kilkanaście razy utwór dla jednej „perełki”, która trwa niemalże 2-3 sekundy. To są te zabiegi,  o których ja mówię, że piosenka ma „hook” lub go po prostu nie ma.

Innym czynnikiem charakterystycznym dla waszego zespołu jest element niedopowiedzenia. Zarówno w sferze lirycznej (teksty), jak i w sferze wizualnej (grafika płyty, wysublimowane, momentami efemeryczne teledyski). Lubicie lekko rozmazane kontury niedosłowności w sztuce i kreacji artystycznej?

Iza: To prawda. Element niedopowiedzenia jest niezwykle pociągający, tak samo w życiu, jak i w sztuce. Oprawa i aura tej płyty są romantyczne, bo ta płyta jest z gruntu romantyczna. A płyta jest romantyczna, ponieważ my tacy jesteśmy. I tak koło się zamyka. Na kolejnej płycie również będzie romantycznie, ale muzycznie będzie też więcej tak zwanego konkretu. Oprawa również będzie bardziej wyrazista.

Subtelna zmysłowość i zmysłowa subtelność. To bliskie sobie, lecz nie równoznaczne stany bycia, a zarazem określenia, które można przypisać muzyce waszego zespołu. Tego pytania nie chciałbym jednak ograniczyć tylko do muzyki. Iza, czym jest dla ciebie subtelność? Tomek, jakbyś zdefinował zmysłowość?

Iza: Subtelność to nieoczywistość, nienarzucanie się, łagodność. To chyba możliwe, że te określenia pasują do Sorry Boys z „Hard working classes”.

Tomek: Zmysłowość to namiętność, podniecenie, wrażliwość, pociąg fizyczny aż po doznania erotyczne. Uwierz, że to wszystko ma związek z muzyką.

A czy mógłbyś podać przykłady muzyki, wybranego artystę, płytę czy piosenkę, która w twoim odczuciu jest tak zmysłowa?

Tomek: Jest ich kilka, ale jeśli miałbym wymienić jeden z nich, to na pierwszym miejscu postawiłbym „Roads” Portishead.

Tomek

(Fot. Maria Grudowska)

Jedną z moich ulubionych kompozycji na waszej debiutanckiej płycie „Hard Working Classes”, zarówno pod względem muzyki, jak i tekstu, jest utwór „I feel life”. Szczególnie jedna linijka tekstu zawsze przykuwa moja uwagę i jest nią „Anytime we are waiting, we are waiting too long” (Kiedykolwiek czekamy, czekamy zbyt długo). Czy w życiu nie jest tak, że my w zasadzie cały czas na coś czekamy? Czekamy, że coś się wydarzy. Czekamy, że coś się skończy. Czekamy, że ktoś się pojawi. Czekamy, że ktoś/coś się zmieni. Może życie to tak naprawdę jedna wielka poczekalnia? W samym czekaniu, jeśli ono nie jest tylko negatywnie bierne, nie ma chyba nic złego, ponieważ nawet jeśli jesteśmy w poczekalni, to w moim odczuciu w tym wszystkim bardziej liczy się sam proces niż punktowo wyznaczone cele. A tak w ogóle w kontekście czekania, czyli również upływu czasu, gdy układałem to pytanie przypomniał mi się krótki esej autorstwa Samuela Ullmana pt. „Młodość”. Zawiera on m.in. taki oto fragment: „Nikt nie starzeje się tylko poprzez upływ czasu. Starzejemy się, rezygnując ze swoich ideałów. Upływający wiek może pokryć twoją skóre zmarszczkami, ale gdy opuści cię entuzjazm, zmarszczki pokryją również twoją duszę”. A jak jest z wami? Czekacie? Ważniejszy jest proces czy osiąganie, docieranie do celów?

Iza: Ten entuzjazm, dzięki któremu określamy kogoś jako „młodego duchem”, według mnie wiąże się z „ilością buntowniczej krwi” w człowieku. Ktoś, kto się buntuje, wyraża niezgodę na zastany porządek. Żyje według własnych zasad i jest na wygranej pozycji w walce z upływającym czasem. Ale upływ czasu daje mądrość, jeśli potrafi się wyciągać wnioski. To jest jedyny chyba pozytywny aspekt starzenia. Gdyby udało się pogodzić tego buntownika z mędrcem, byłoby idealnie. Jeśli chodzi o mnie, to kiedyś bardziej byłam typem człowieka czekania niż działania. Teraz staram się to zmieniać. Oczywiście czekanie jest bardziej romantyczne, ale niezbyt rozsądne.

Tomek: Mam wrażenie, że nieustannie na coś czekam, że może coś się zmieni. Nawet jeśli osiągamy przynajmniej po części to, czego pragnęliśmy, to pojawiają się kolejne nieznane dotąd wyzwania. Ten łańcuszek możliwości, na które się oczekuje, staje się coraz większy. Jeśli nadal będziemy trwać w muzyce, będą kolejne oczekiwania i niepewności, chęć nieustannego bycia w „grze”, mierzenia się samym z sobą. W takiej sytuacji poziom adrenaliny i zaspokajania, a tym samym dążenia do ideałów stale rośnie. Nauczyłem się oczekiwać z pokorą, choć mały buntownik od czasu do czasu wychodzi.

Przeskakujemy. Byłem raz na przeglądzie młodych zespołów i po zakończeniu konkursu rozmawiałem chwilę z muzykiem jednej z kapel, która nie zakwalifikowała się do kolejnego etapu. Wymienialiśmy opinię o przeglądzie, jury, publiczności itp. i z ciekawości zapytałem go, czy pomimo nie uzyskania aprobaty jury warto było przejechać te kilkaset kilometrów z południa Polski do Warszawy i wziąć udział w przeglądzie? Mój rozmówca uśmiechnął się i powiedział: „Warto było, ale się nie opłacało”. Czy to zdanie w dużej mierze obrazuje realia funkcjonowania w polskiej branży muzycznej? Emocje są piękne, ale nie płacą rachunków? Jakie są wasze doświadczenia lub obserwacje na ten temat?

Iza: Nasze i myślę, że ogromnej większości polskich zespołów doświadczenia w tej kwestii są podobne. Trzeba mieć ogromną siłę przetrwania tego długiego okresu, kiedy rachunki płaci się z pozamuzycznych źródeł utrzymania. Myślę, że jest coraz lepiej, ale nadal zdarza się, że muzykom płaci się w ostatniej kolejności. Ale nie chcę narzekać. Jedno jest pewne – w tej branży, jak w każdej artystycznej, trzeba mieć mocne nerwy.

Tomek: To są bardzo indywidualne wybory każdego zespołu. Jedni uważają, że muzyka to nie wyścigi, inni występują, bo traktują to jako kolejną szansę na pokazanie się. To wszystko zależy od poziomu konkursu, nagrody i korzyści wymiernych – niekoniecznie finansowych. Są konkursy międzynarodowe i np. ostatnio można było wziąć udział w konkursie organizowanym przez polską reprezentację na Sziget Festiwal na Węgrzech.  Ze zdumieniem czytałem niektóre nazwy rodzimych zespołów. My wzięliśmy np. udział w GBOB Festiwal. Finał był w Londynie w Scali. Było pięknie! A stawką do wygrania było ok. 300 tys zł. Wówczas można byłoby opłacić rachunki z wyprzedzeniem. Niestety wtedy opłacił je zespół z Anglii. Ale  zawsze jest to wartościowe, nawet bez tej wygranej. Mahatma Gandhi kiedyś powiedział: „Co­kol­wiek zro­bisz, będzie niez­naczące, lecz jest bar­dzo ważne, byś to zro­bił”.

Pytania: Krzysztof Bienkiewicz

Sorry Boys – Chance

YouTube Preview Image

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
Możliwość komentowania Wywiad – Sorry Boys została wyłączona
 

Komentowanie wyłączone.

 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.