Wywiad: Stuart Paice / Your Demise

22.05.2012

„To koniec!”. „Gleba!”. „Ta kapela jest skończona!”. Taki przekaz płynął od części fanów w reakcji na  najnowszy album piątki Anglików z Your Demise zatytułowany „The Golden Age”. Tak, ta płyta jest inna od poprzednich produkcji brytyjskiego kwintetu, ale nie, nic się nie zmieniło i ich mieszanka punka, hardcore’u, metalu i melodii jest wciąż wybuchowa. Szczerze powiedziawszy, jeśli tak miałby wyglądać koniec Your Demise [swoją drogą „demise” po ang. oznacza właśnie „koniec, upadek”], to po tym co zobaczyłem w ich wykonaniu na Impericon Festival 2012, życzę takiego zejścia każdemu zespołowi. Zanim jednak chłopcy zrobili miazgę na scenie, udało mi się spotkać z gitarzystą zespołu – Stuartem Paicem i porozmawiać zarówno o paru sprawach śmiesznych, jak i kilku całkiem poważnych:

Zacznijmy od waszej ostatniej płyty – „The Golden Age”. Dla mnie jest to bardzo dobra pozycja, choć z pewnością mocno odmienna od waszych wcześniejszych nagrań. Ma w sobie więcej punkowego klimatu, zarówno w konstrukcjach utworów, jak w i melodiach. Podoba mi się ten album, ale dotychczasowe reakcje na niego były, ogólnie mówiąc, mieszane. Ci, którym „The Golden Age” nie przypadło do gustu, zarzucają wam, że wasze brzmienie zrobiło się łagodne, podczas gdy ja myślę, że je rozwinęliście.

Dzięki za miłe słowa. Wszyscy z nas dorastali, słuchając kapel z nurtu „skate punk”, takich jak NOFX, Pennywise czy Offspring, więc dla niektórych nasza nowa płyta może tak brzmieć, ale kiedy gramy te numery na żywo, one cały czas są ciężkie. Jeśli chodzi o odbiór płyty, to np. w Anglii jest pewna grupa nastolatków, która jest zainteresowana tylko i wyłącznie ciężkim naparzaniem, a my po prostu nagraliśmy to, co chcieliśmy nagrać. Nie mieliśmy jakieś specjalnego założenia.

Wydaje mi się, że takie podejście – grania tego, na co ma się ochotę – jest najważniejsze. Oczywiście, że zespoły grają również dla publiczności, ale fani nie powinni sobie przywłaszczać muzyki danego zespołu. Według mnie nie są upoważnieni do decydowania o stylu czy kierunku muzycznym kapeli. To zespół wybiera, co i jak chce grać, a potem ludziom się to podoba lub nie.

Dokładnie. Spójrz np. na Hatebreed. Ich każda płyta może brzmieć tak samo, ponieważ to Hatebreed, ale my staramy się zmieniać. Niektórzy fani chcą, żebyś grał w jednym stylu, inni potrzebują zmian, ponieważ powtarzalność ich nudzi.

Oprócz zmian, które wymieniłem wcześniej, nową rzeczą w waszej muzyce jest również brzmienie gitar.  Co sprawiło, że na tej płycie je zmodyfikowaliście?

Ja jestem maniakiem sprzętu i przez cały czas poszukuję nowych dźwięków. Uwielbiam nasze brzmienie z “Kids we used to be”  [poprzedni album Your Demise], ale gdy go teraz słucham, wydaje mi się, że jest trochę przesycone, zbyt syntetyczne. Pewnie tylko ja mam takie wrażenie, ale tamto brzmienie było trochę za bardzo przesterowane, dlatego tym razem poszedłem bardziej w stronę wyrazistości, soczystości. Chodziło mi o brzmienie gitar takich kapel jak Helmet czy Quicksand.

Ciekawe, że wspominasz Helmet, ponieważ kilka tygodni temu robiłem wywiad właśnie z liderem Helmeta – Page’em Hamilton.

O stary, to mój idol!

Spotkałem się z nim w Berlinie na ich trasie upamiętniającej 20-lecie wydania płyty „Meantime”.

Kurcze, ominęło mnie to, bo byliśmy wtedy w trasie!

No powiem ci, że jest czego żałować. Zagrali cały „Meantime” i wiele innych numerów, razem 20 kawałków.

Wow! Pamiętam, jak oglądałem klipy, na których Page grał razem z Davidem Bowie.

Tak, byli razem w trasie w 1999. Wiesz, pewnie moglibyśmy rozmawiać o Helmecie przez następne dwie godziny, ale…

(śmiech) Ok, porozmawiamy o nich później.

Mam świadomość, że następne pytanie powinno być skierowane raczej do waszego wokalisty Eda, ale że akurat nie ma go w pobliżu, więc zapytam ciebie. Jestem pod wrażeniem zakresu głosu Eda na „The Golden Age”. Czy on tworzył swoje partie w dopasowaniu do waszego nowego stylu?

To w zasadzie stało się samo. Kiedy napisaliśmy nowe piosenki, było trochę eksperymentowania z liniami wokalnymi, ale Ed ostatecznie je ogarnął i zrobił świetną robotę. Brzmią niesamowicie.

Na płycie macie również spory zakres innych głosów, czyli gości.

Wszyscy w zespole jesteśmy wielki fanami hip-hopu i początkowo chcieliśmy tę płytę zrobić jak hip-hopowy mix-tape, czyli nagranie, na którym w każdym numerze jest inny gość. W którymś momencie zdaliśmy sobie jednak sprawę, że mamy już cztery gościnne wokale, czyli całkiem sporo, więc ostatecznie tak zostało.

Wspominaliśmy już wasz poprzedni album “Kids We Used Be” [„Dzieciaki, którymi byliśmy”] i odnosząc się do jego tytułu, chciałem cię zapytać: czy wciąż jesteś dzieckiem? Nie w sensie stricte wieku, ale bardziej podejścia do życia. Wiesz, otwartości, ciekawości. Wydaje mi się, że nawet pomimo upływu czasu i starzenia się, jeśli uda ci się zachować w sobie coś z dziecka, życie jest ciekawsze.

O tak. Życie to poważna sprawa i tak się powinno je traktować, ale myślę też, że może być smutne, jeśli nie potrafisz z niego czerpać radości i zabawy. Popatrz na mnie, mam 30 lat, a wciąż śmieję się z pierdzenia (śmiech).

Masz 30 lat?

Tak, skąd inaczej znałbym Helmeta?! (śmiech).  Oz [Daniel ‚Oz’ Osborne – drugi gitarzysta] ma 28 lat, a reszta chłopaków ma po 24, choć w tym zespole tak naprawdę wszyscy jesteśmy dzieciakami. Cały czas się wygłupiamy.

Myślę, że to fajne. Daje pozytywne wibracje.

Z pewnością. Są chwile, w których trzeba być poważnym, ale nasz zespół tak naprawdę już w swoim pierwotnym założeniu nigdy nie miał być na serio.

Wydaje mi się, że to chodzi o odpowiedni wybór chwili. Kiedy komponujecie czy nagrywacie  płytę, jesteście skupieni i w pełni zaangażowani, potem jedziecie w trasę głównie po to, by dobrze się bawić, więc i jeden, i drugi aspekt jest ważny. W życiu chyba w ogóle chodzi o taką ogólną równowagę pomiędzy wszystkimi elementami.

Tak, bez niej stajesz się sfrustrowanym człowiekiem.

Przejdźmy teraz do trochę innego tematu. Oglądałem video-pamiętnik z waszej ostatniej europejskiej trasy i widziałem tam, że podczas pobytu w Polsce byliście również w Oświęcimiu, zwiedzaliście obóz koncentracyjny. Jakie wyniosłeś wrażenia z tego miejsca?

Auschwitz jest miejscem, o którym uczyliśmy się w szkole. Miejscem, o którym zawsze wiedzieliśmy, że istnieje. Wcześniej byliśmy w Polsce już kilka razy, ale nigdy dotąd nie mieliśmy okazji tam dotrzeć, więc zaplanowaliśmy to specjalnie podczas ostatniej trasy. Wyjechaliśmy wcześnie rano przed następnym koncertem i pojechaliśmy do Oświęcimia. Jadąc tam, nie byłem pewien, czy tak naprawdę chcę to wszystko zobaczyć, ale ostatecznie cieszę się, że to zrobiłem. Myślę, że każdy powinien tam pojechać. Tak jak rozmawialiśmy przed chwilą, oprócz zabawy, w życiu ważne jest również, by zobaczyć coś tak poważnego, coś w swoim szaleństwie wręcz niepojętego. Trzeba doświadczać także takich rzeczy, żeby – jak powiedziałeś – zachować w życiu równowagę.

Nie wiem, ile dokładnie udało wam się zobaczyć, ale czy było jakieś konkretne miejsce, które poruszyło cię najbardziej?

Myślę, że pomieszczenie z okularami, choć tak naprawdę całość obozu była poruszająca. Ekspozycja w budynkach jest zorganizowana bardziej jak muzeum, ale kiedy poszliśmy tam, gdzie przyjeżdżały pociągi, gdzie nie ma ochrony i gdzie możesz wszędzie chodzić, to co tam widzieliśmy, było naprawdę trudne.

Mnie najbardziej poruszył pokój z obciętymi włosami więźniów.

Tak, to szaleństwo. Gdy wyszliśmy stamtąd, każdy z nas był bardzo cichy, ale wizyta w obozie była dla nas ważna. Mamy teraz już XXI wiek, więc z jednej strony ludzie próbują o tym zapomnieć, ale z drugiej pamięć o takim miejscu powinna być pielęgnowana. Na szczęście wiemy, że nic takiego już się więcej nie powtórzy.

Z tym to nigdy nie wiadomo. Po wojnie chyba każdy tak sądził, a zobacz co się stało w latach 90-tych na Bałkanach. Może nie była to tak samo przerażająco wielka skala okropieństw, ale jednak…

To prawda, masz rację. I jeśliby się nad tym zastanowić, to podobne rzeczy wciąż się dzieją na świecie.

Niestety tak.

Your Demise – Europe Tour 2011 (Episode 1)

YouTube Preview Image


Ok, postaram się utrzymać wspomnianą przez nas wcześniej równowagę, serwując ci teraz trochę lżejsze pytanie.

(śmiech) Ok, ale to było dobre. Nikt wcześniej mnie nie pytał o takie rzeczy.

Porozmawiajmy teraz o „backstage’u”, czyli zapleczach klubów. Wydaje mi się, że garderoba czy też szatnia zespołu jest miejscem, które staje się dla was domem na kilka czy kilkanaście godzin przed i po występie. Zastanawiałem się więc, na ile mają one dla was znaczenie. Czy na przykład pamiętacie miasta poprzez garderoby albo czy mógłbyś wymienić te miejsca, które do tej pory miały najgorsze zaplecza?

O stary, jest ich tak dużo (śmiech). Na przykład w Stanach mają bardzo słabe backstage, jeśli w ogóle są jakiekolwiek.

Co znaczy: „jeśli są w ogóle”. W Stanach są kluby, które nie mają ich wcale? To co wtedy robicie przed koncertem?

Siedzimy w vanie (śmiech). Albo przebieramy się na zewnątrz. Nas już chyba nic nie zaskoczy. W Europie ogólnie jest w porządku. Europa kontynentalna ma dobrze zorganizowane zaplecze, ponieważ troszczą się tutaj o zespoły. W Anglii, szczególnie duże sale koncertowe jak np. O2, bardziej dbają o to, by ludzie przyszli i kupili bilety niż o zaplecze dla zespołów. Pod każdym względem: czy to backstage, czy sceny, czy parkingu. Ale miejsce takie jak tu [Stewart wskazuje na Agra – rozmawialiśmy na zewnątrz – która jest nieczynnym kompleksem hal targowych] jest niesamowite. No stary popatrz, jesteśmy w pieprzonym magazynie (śmiech). Zaplecze jest tu świetne, wszystko takie duże.

Jak pamiętasz zaplecza klubów w Polsce? Ostatni raz graliście razem z Enter Shikari w Warszawie w klubie Stodoła. Jak to wyglądało „od kuchni”?

Świetnie. To jedno z tych dobrych miejsc.

A co powiesz na inny warszawski klub – Radio Luxembourg [obecnie Punkt&Radio Luxembourg]. Graliście tam w 2008 kiedy jeszcze nie byliście tak znani, jak teraz.

Tam też było super.

Naprawdę? Ten lokal jest raczej mały.

To prawda. Tak naprawdę, wydaje mi się, że na tamtym koncercie było więcej ludzi na zapleczu niż na sali…

(wybuch śmiechu) No to teraz pojechałeś.

(śmiech) A gdzie było naprawdę źle? A tak, w Anglii jest takie miasto High Wycomb i tam jest miejsce, któro nazywa się The Nags Head. Brzmi jak nazwa pubu, ale to jest klub. I oni tam mają garderobę na poddaszu, gdzie są filary, belki, więc musisz dosłownie się skurczyć, żeby się tam w ogóle zmieścić. Poza tym wszędzie jest graffiti, kiedy ktoś wyleje piwo, nikt tego nie sprząta.  Tam było okropnie.

Czyli przebywanie w niezbyt „przytulnym” miejscu ma na was jakiś wpływ?

Oczywiście. Do tego stopnia, że jeśli masz zjeść posiłek, nie chcesz go jeść w tym miejscu, bo boisz się, że twoje żarcie może złapać z powietrza jakiegoś wirusa (śmiech).

Ok, ostatnie pytanie. Które ze zdań: „Nie rozumiem, ale toleruję” czy może „Rozumiem, ale nie toleruję”, pasuje do ciebie jako osoby bardziej?

Hm, jak by ci tu odpowiedzieć. Myślę, że jedno i drugie, choć wiem, że to brzmi trochę jak próba wymigania się od odpowiedzi. Czasami udaję, że rozumiem, kiedy tak nie jest (śmiech).

Czego lub kogo nie rozumiesz, ludzi?

Ludzi czy fanów, szczególnie gdy jest bariera językowa. Nie zrozum mnie źle. To świetne, kiedy fan np. w Niemczech podchodzi i zagaduje po angielsku, nawet jeśli jest to mocno łamany angielski, ale on przynajmniej potrafi powiedzieć cokolwiek. Ja nie jestem w stanie powiedzieć po niemiecku ani słowa. Zdarza się, że kiedy ludzie podchodzą i coś do mnie mówią, a ja nie od razu załapię, to automatycznie odpowiadam „dziękuję, dziękuję”, ale wtedy oni czasami dziwnie na mnie patrzą, bo okazuje się, że właśnie zapytali, jakich używam gitar (śmiech).

(śmiech) Dobre. Dziękuję za twój czas.

Nie ma sprawy. Dzięki.

Rozmawiał: Krzysztof Bienkiewicz

Your Demise – Forget About Me

YouTube Preview Image

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
Możliwość komentowania Wywiad: Stuart Paice / Your Demise została wyłączona
 

Komentowanie wyłączone.

 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.