Wywiad: Thomas Henriksson / The Isolation Process

05.02.2014

Pod koniec zeszłego roku mało znany zespół ze Szwecji The Isolation Process wydał jedną z najlepszych płyt, jakie ukazały się w 2013 roku. Wiedziałem o ich istnieniu dzięki poprzedniemu wcieleniu Szwedów, czyli formacji Lingua. Kiedy ona dokonała swojego żywota w 2011r., ciekawiło mnie w jakim muzycznym kierunku pójdą członkowie, którzy postanowili kontynuować swoją działalność pod inną nazwą. Zdarzają się w życiu sytuacje, w których czekasz z nadzieją na coś dobrego, ale jednak to nie następuje. Są też takie przypadki, w których oczekujesz czegoś pozytywnego, ale to, co się zdarza, znacznie przekracza twoje wyobrażenia. Płyta The Isolation Process jest tym drugim przypadkiem. Skontaktowałem się niedawno z Thomasem Henrikssonem, wokalistą, gitarzystą i twórcą brzmienia zespołu. Podczas rozmowy udało nam się porozmawiać zarówno o debiutanckiej płycie zespołu, jak i o wizjach, wibracjach oraz pozornych przypadkach.

The Isolation Process tworzy trzech z czterech członków waszej poprzedniej formacji Lingua, tak więc mogłoby się wydawać, że możecie kontynuować wytyczoną wcześniej ścieżkę, ale dla mnie jesteście odrębnym bytem muzycznym, który emituje inne emocje. Mógłbyś mi opowiedzieć, co sprawiło, że muzycznie poszliście w stronę mrocznej, lecz pełnej mocy prostoty, gdyż tak odbieram waszą twórczość w porównaniu np. z ostatnią płytą Lingua.

Sporo materiału, który znalazł się na naszym debiucie, zostało napisane jeszcze przed rozpadnięciem się Lingua. Ja miałem jakieś riffy, nasz basista Anders również miał pewne motywy, które nie do końca pasowały do Lingua. Pomimo grania w zespole ja komponowałem na własną rękę w domu i nawet rozważałem wydanie solowej płyty, ale ostatecznie ten materiał znalazł się na albumie TPI. Dlatego też sporo piosenek z naszego debiutu zostało napisanych już jakiś czas temu. Na przykład „Simple gesture” powstał około rok przed odejściem Mishy z zespołu i rozpadnięciem się Lingua. Kiedy kapela się rozleciała ja, nasz perkusista Patrick i Anders chcieliśmy wciąż grać, ale nie widzieliśmy, w jakim kierunku muzycznym pójdziemy. Przyniosłem więc na próby to, co napisałem wcześniej w domu, Anders dołożył swoje partie i zaczęliśmy nad nimi pracować. Komponując w domu, chciałem powrócić do klimatu mocniejszych i mroczniejszych piosenek Lingua, takich jak np. „May crayons guide the sheep”. Ja lubię mroczną, klimatyczną, zapętloną muzykę, która sprawia, że czujesz się prawie jak w transie. Lubię też niskie strojenie. Gramy w „drop A”, a to sprawia, że dźwięki są mroczne, ale wciąż mogę bez większych trudności do nich śpiewać, gdyż strojenie drop A pasuje do zakresu mojego głosu. Chcieliśmy więc pójść w stronę połączenia mrocznej, trochę agresywnej muzyki, z pasmami post-rocka czy też post-hardcore’a.

Moc waszej muzyki w dużej mierze wypływa z waszego brzmienia. Jest to brzmienie, jakiego nie słyszałem od bardzo dawna. Wydaje mi się, że obecnie, dzięki wszystkim dostępnym możliwościom technologicznym praktycznie każdy może sobie zaaranżować studio i nagrać płytę w domu. Możliwe, że również przez to jest tak wiele zespołów, które brzmią podobnie do siebie. Wam jednak udało się stworzyć coś odrębnego. Jak tego dokonaliście? Miałeś konkretną wizję waszego brzmienia przed rozpoczęciem nagrań?

Miałem wizję, ale nie byłem pewien, czy uda mi się ją przełożyć na rzeczywistość. Myślałem o stworzeniu surowego, garażowego brzmienia takiego jak np. Cult of Luna, choć może nie aż tak brudnego. Chciałem, żeby to było bardziej zwarte, dlatego dążyłem w stronę trochę bardziej nowoczesnych dźwięków, szczególnie jeśli chodzi np. o brzmienie perkusji lub obecności metalowego pasma w gitarach. No i warstwy. Uwielbiam nakładanie warstw. Większość refrenów na płycie zawiera sześć lub siedem ścieżek gitar ponakładanych na siebie. Poza tym jest dużo ukrytych motywów. Nie wiem czy to słyszałeś, ale na płycie jest wiele zniekształconych dźwięków gitar lub organów. I ponownie, nakładanie ścieżek. Nawet jeśli masz prosty, powtarzalny riff, ale ponakładasz na niego warstwy i pokombinujesz z jego dynamiką, to sprawi, że on się rozrośnie i zintensyfikuje aż do wielkiego natężenia. Tak więc wizja polegała na chęci stworzenia potężnego i organicznego brzmienia, a jednocześnie na tyle zwartego, żeby niskie dźwięki naszego strojenia mogły mieć odpowiednią siłę rażenia.

Kolejnym wyjątkowy elementem muzyki The Isolation Process jest twój głos. W recenzji waszej płyty napisałem, że przestrzeń, głębia, moc i przede wszystkim gęstość faktury twojego głosu stawiają cię na równi ze wszystkimi Pattonami, Morenami, Keenanami i innymi posiadaczami najbardziej oryginalnych głosów, jakie słyszałem we współczesnym rocku. Przeprowadziłem kiedyś wywiad z wokalistką, która również ma wyjątkowy głos i ona powiedziała mi, że dla niej śpiew jest bardzo intymną czynnością. Z tego względu jest jej czasem trudno się zachować np. w czasie świąt Bożego Narodzenia, kiedy wszyscy wujkowie i babcie proszą ją o zaśpiewanie kolędy tylko dlatego, że wiedzą, iż ona często śpiewa. Ja nie śpiewam, ale mogę wyobrazić sobie, że wokalista ma pewną relację z samym sobą i w trakcie śpiewu np. dotyka wrażliwych miejsc wewnątrz siebie. Chciałem się ciebie zapytać czy tak jest naprawdę i jak ty to odbierasz?

Na początku dziękuję za wszystkie miłe słowa, naprawdę mi schlebiasz. A odpowiadając na twoje pytanie – tak, ja również mam tego typu relację, jeśli chodzi o śpiew. Ja zwykle śpiewam z zamkniętymi oczami. Robię to z dwóch powodów. Po pierwsze, kiedy gram patrząc na gitarę, zdarzają mi się pomyłki. To dziwne, ale gram lepiej, kiedy nie patrzę na instrument i riffy płyną z pamięci mięśni. Drugim zaś powodem jest to, że lubię głęboko zanurzyć się w utworze. Bardziej niż warstwę tekstową mam tu na myśli wczucie się w jego klimat, zanurzenie w danym momencie, dzięki czemu mogę wyrazić odpowiednie emocje. Tak więc rozumiem, co miała na myśli twoja rozmówczyni. Ja również często jestem proszony o zaśpiewanie czegoś np. na karaoke, tylko dlatego, że śpiew jest czymś, co robię dosyć często. To prawda, ale to automatycznie nie oznacza , że chcę to robić np. podczas imprezy. Jeśli nic nie czuję względem danej piosenki, to po prostu nie zadziała.

Thomas, oczy i mięśnie

(fot. Misha Seidini)

Napisałem również w artykule, że w większości przypadków zarówno wokalistów, jak i wokalistek, głos jest impulsem, który przychodzi do mnie jako słuchacza z zewnątrz i dopiero po jego odebraniu odczuwam go w swoim wnętrzu. Ty zaś jesteś tym rzadkim przypadkiem wokalisty, którego głos czuję od razu wewnątrz. Kiedy zaczynasz śpiewać, mam wrażenie, że coś się we mnie rozżarza. Że nie ma odbioru impulsu z zewnątrz, że jesteś od razu w środku.

Dziękuję ci. Wiem o czym mówisz. Ja też tak mam z niektórymi wokalistami.

Z kim na przykład?

Maynard na pierwszych płytach Toola, Dave Gahan z Depeche Mode. Dave zawsze był moją wielką inspiracją. Są takie piosenki, które w momencie rozpoczęcia się powodują, że czuję w sobie to, co słyszę w dźwiękach. Tak jakby następowała ta sama reakcja po obu stronach, tak więc może to samo dzieje się między nami? Może pomiędzy tobą i mną wibruje ta sama fala?

Możliwe. I jeśli pójść dalej tym tropem, dla mnie to jest tak naprawdę najpiękniejszy aspekt muzyki. Ty tworzysz i nagrywasz swoją muzykę gdzieś w Szwecji, wypuszczasz ją w świat, ona dociera do mnie. Następnie ja ładuję ją do odtwarzacza mp3 i biorę ze sobą w mój świat i wtedy następuje połączenie. Pamiętam, jak w grudniu jechałem w Polsce pociągiem. Byłem gdzieś pośrodku pól, przemieszczając się z jednego miejsca w drugie, słuchałem wtedy waszej płyty i czułem bardzo mocne połączenie z tym wszystkim, co niesie wasza muzyka. To jest ciekawe, ponieważ my tak naprawdę się nie znamy. Jesteśmy odrębnymi jednostkami, żyjemy w różnych krajach, mówimy innymi językami, prawdopodobnie również myślimy inaczej, a pomimo tego koneksja wciąż następuje i dla mnie to jest absolutnie wyjątkowe w muzyce.

O to w tym wszystkim chodzi. Kiedy ja słucham innych artystów zazwyczaj staram się nie skupiać na technicznej stronie muzyki. Doceniam umiejętności niektórych instrumentalistów, ale ja słucham głównie muzyki przez to, jak ona wpływa na mnie. Zdarza się, że muzyka jest dobra, ale jeśli śpiew nie wywołuje odpowiednich emocji lub też wibruje na tej samej długości fali co ja, to po prostu nie mogę tego słuchać. Musi zaistnieć ten sam klimat/ta sama wibracja, w przeciwnym razie to nie działa. Dlatego fajne jest, co mówisz. Nieważne czy ktoś jest z Japonii czy z Ameryki Południowej. Jeśli następuje to połączenie, miejsce nie ma znaczenia. Muzyka jest uniwersalnym językiem. Dzięki niej możesz komunikować się z ludźmi, opowiadać historie. Nie musisz nawet rozumieć tekstów. Mogą być one napisane w języku, którego nie znasz, ale nadal może nastąpić połączenie za pomocą dźwięków. To jest piękno muzyki.

Skoro jesteśmy przy języku i tekstach, w tym pytaniu chciałbym do nich nawiązać. W piosence „Underneath it all” jest jeden fragment, który mnie zaciekawił i chciałem o niego zapytać. Konkretnie mam na myśli te słowa: „It’s all a big mistake, that’s why we suffer for years.” (To wszystko jest wielkim błędem, dlatego cierpimy latami)”. Nie jest moją intencją zapytać cię, co dokładnie masz tutaj na myśli, tak więc możesz odebrać to pytanie w dowolny sposób, ale chciałbym cię zapytać: dlaczego cierpimy latami?

Hmm, trudne pytanie. W przypadku tej płyty po raz pierwszy w moich tekstach zawarłem dużo fikcji. Nie mam tu na myśli emocji. Emocje tam są i są prawdziwe, ale tym razem starałem postawić siebie w sytuacjach innych ludzi. W przypadku tej piosenki zawiera ona trochę post-apokaliptyczny motyw. Różni ludzie próbują przetrwać w różnych sytuacjach w następstwie apokalipsy. Każdy ludzki błąd ma przez lata wpływ na pozostałą część ludzkości oraz kolejne pokolenia.

Krocząc ścieżką słów, przejdźmy teraz do jednego cytatu. Jean d’Ormesson, francuski pisarz, powiedział kiedyś: „Przypadek jest spotkaniem dwóch konieczności”. Czy doświadczyłeś kiedykolwiek sytuacji, w której coś wydawało się być przypadkiem, a tak naprawdę okazało się koniecznością?

(Długa pauza)

Wiem, że to trochę trudne pytanie…

Tak, ale jest dobre. Naprawdę mi się podoba.

Myślę, że jest to dość otwarte pytanie i tak naprawdę spróbowałem je zadać również samemu sobie. Na początku starałem się znaleźć jakąś konkretną sytuację, która odpowiadałaby takiemu przypadkowi, ale potem zastanawiałem się, czy tak naprawdę całe życie nie jest sekwencją małych zbiegów okoliczności , które ostatecznie doprowadzają do tego, że te „konieczności” się spotykają.

Zdecydowanie. Wszystkie te małe rzeczy kształtują nas jako ludzi i nasze charaktery. Tego typu sytuacje i decyzje ostatecznie formują twoją osobowość. Skręcisz w lewo zamiast w prawo i jakie były tego konsekwencje? Istnieją przypadki, które okazują się być najlepszą rzeczą, jaka ci się w życiu przytrafiła, więc to wszystko jest połączone. Trudno mi teraz wybrać taki jeden przypadek, ale to naprawdę ciekawa myśl. Podoba mi się. Pobudza do myślenia. Ja czasami podobnie robię z moimi tekstami. Lubię czasem wszystko zakręcić. Na przykład refren może się zacząć od dwóch zdań w pierwszej osobie, a jego druga połowa będzie wyrażona w trzeciej osobie. Lubię tego typu abstrakcję i dlatego podoba mi się ta myśl, bo można ją odnieść do różnych znaczeń.

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
Możliwość komentowania Wywiad: Thomas Henriksson / The Isolation Process została wyłączona
 

Komentowanie wyłączone.

 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.