Wywiad – William Fitzsimmons

21.07.2015

„Ludzie zapomną co powiedziałeś, zapomną co zrobiłeś, ale nigdy nie zapomną uczuć, jakie w nich wywołałeś.” – Maya Angelou

Wydarzenia i spotkania doświadczone na zorganizowanym w czerwcu Białymstoku Halfway Festival dały mi wiele przeżyć, ale głównym uczuciem, które mi towarzyszyło podczas pobytu w stolicy Podlasia, była swoboda. Przede wszystkim sam festiwal – tak inny, tak wciągający. Bez tłumów, hałasu, kolejek, pośpiechu. Bez spiny, bez szumu, bez nadmiernej masy. W mieście, a jakby pośród natury. Niewielki, a tak wypełniający. Wyciszony, a tak intensywny.  Całą atmosferą dający ci wyraźnie do odczucia: bądź z nami, bądź sobą, bądź swobodnie.

No i jedna z jego gwiazd – William Fitzsimmons. Artysta znany ze lekkiego smutku, ciężkiego humoru, melancholijnej brody i gęstych piosenek. Zaraz zaraz, a może to było odwrotnie? Pochodzi z „Miasta Stali”, jak jest nazywany Pittsburgh, choć sam z siebie generuje jedynie tony przyjazności. Imponuje otwartością, głębią i przede wszystkim prawdziwością. Bardzo daleko sięgającą prawdziwością. Siadasz z nim do rozmowy, a zakres swobody wymiany myśli  już po kilku minutach powoduje, że „wywiad” jako taki znika, a ty po prostu prowadzisz rozmowę, w której dwie osoby starają się dzielić swoimi myślami o tym co trudne, lekkie i przede wszystkim ważne.  Oto zapis naszego spotkania:

William Fitzsimmons_Interview

Dzisiejszy występ jest twoim ostatnim koncertem na tej trasie. Czy ty w ogóle lubisz jeździć w trasy? Traktujesz to jako przygodę czy raczej konieczność – szczególnie teraz, kiedy masz rodzinę?

Uwielbiam to, zawsze uwielbiałem. Zanim się ożeniłem i miałem dzieci dzięki trasom doświadczałem totalnej wolności. Jeśli tylko rachunki w domu były opłacone i po powrocie nie było sterty czekających na ciebie listów, to wszystko było wspaniałe. I nadal tak jest, ale teraz nie lubię opuszczać rodziny. Moja roczna córka bardzo się denerwuje, kiedy wyjeżdżam i to jest trudne. Za każdym razem jest coraz gorzej. Wydaje ci się, że się przyzwyczaisz i będzie łatwiej wyjeżdżać, ale tak nie jest. Bardzo tęsknię za moimi bliskimi. Oczywiście rozmawiamy ze sobą na Skypie i kontaktujemy się używając obecnie dostępnej technologii, ale opuszczanie rodziny to najtrudniejsza część bycia na trasie. No ale mogę troszczyć się o nich robiąc coś, co jest dla mnie bardzo ważne, więc w sumie nie mogę narzekać.

Miałem okazję raz być w trasie jako część ekipy technicznej. To było dosyć intensywne i męczące doświadczenie, ponieważ musisz sporo się przemieszczać, lecz jest w tym wszystkim również ogromna przygoda i cała masa chwil, które są wręcz surrealistyczne. Robiąc to tak długo jak ty, czy można się do tego przyzwyczaić?

Owszem. Wszystko może spowszednieć. Dwie rzeczy się mogą zdarzyć jeśli jakiś bodziec zostanie wprowadzony do organizmu: przyzwyczajenie lub wyczulenie. Na przykład, gdybym teraz ci nie powiedział, że masz opaskę na nadgarstku, prawdopodobnie byś jej nie czuł. Teraz ją czujesz, bo o niej wspomniałem, lecz wcześniej już się do niej przyzwyczaiłeś i ona tam po prostu tylko była. Wyczulenie zaś jest wtedy, kiedy np. dociera do ciebie jakiś nieznośny dźwięk, który trwa i się nasila, a ty z każdą chwilą go coraz trudniej znosisz. Przekładając to na koncerty to kiedy robisz to przez dłuższy czas, przyzwyczajasz się do tego i to może nie staje się zwykłe, gdyż to wciąż jest szalony sposób życia, ale zaczynasz to wszystko widzieć na zasadzie „O rany, znów jestem w hotelu. To już 60-ty hotel w ciągu 60-ciu dni”. Wszystko zaczyna wyglądać tak samo do tego stopnia, że czasem zapominasz w jakim jesteś kraju. Zazwyczaj jednak mam wokół siebie mnóstwo ludzi, którzy przypominają mi jakim jestem szczęściarzem, że mogę prowadzić takie życie. Rozmowy z ludźmi po koncertach również mi to uświadamiają. Dzięki nim zdaję sobie sprawę z tego, co robię. Poza tym uważam za wielkie szczęście również to, że mogę jeździć po świecie z osobami, które są dla mnie praktycznie jak rodzina. To jeden z najlepszych aspektów koncertowania. Kocham grać, to wspaniała rzecz, lecz wiele razy najlepsze chwile nie dzieją na scenie, ale w trakcie podróży z moimi przyjaciółmi.

Pomiędzy koncertami jest dużo życia.

Dokładnie, większość wydarzeń z życia dzieje się pomiędzy nimi. Koncert trwa tylko 1,5 godziny.

To jest właśnie ciekawe, gdyż dla widowni ten czas jest wszystkim. Ludzie nastawiają się tylko na te półtora godziny i czekają na ciebie już teraz, podczas gdy my tu rozmawiamy. Pomiędzy występami jednak jest mnóstwo czasu, kiedy wiele się dzieje.

I dlatego musisz być ostrożny. Ja też mam wiele gorszych momentów czy ciężkich dni. Nawet dzisiaj, miałem spore problemy z dotarciem tutaj. Były opóźnione loty, zmiany biletów, musiałem nawet lecieć przez zupełnie inny kraj, dotarłem mocno spóźniony, bez mojego sprzętu.

Nie masz tutaj swoich gitar?

Nie, nie mam pojęcia gdzie one teraz są. Krążą gdzieś w atmosferze, ale nie wiem czy są w Stanach czy może Europie. Ale gdy przychodzi taki dzień to w zasadzie co możesz zrobić? Musisz się po prostu wyciszyć, wziąć głęboki oddech i powiedzieć sobie, że masz możliwość grania muzyki dla ludzi, którzy chcą cię słuchać i to pomaga. I ważne jest też to, abyś był obecny. Jeśli wychodzisz na scenę myśląc „ o nie, znów to samo, kolejny wieczór, uporajmy się z tym jak najszybciej” to w ogóle nie powinieneś grać. Każdy bywa sfrustrowany i zmęczony, ale dla tej krótkiej chwili musisz być tam całym sobą, nawet jeśli grasz tylko dla 20 osób. Musisz być tam naprawdę obecny, gdyż dla tych ludzi to wyjątkowy wieczór. Inaczej by ich tam nie było.

Kiedy zdarza się taka sytuacja, że tracisz swoje gitary, które jak sądzę są dla ciebie bardzo ważne – starasz się z tym walczyć czy to po prostu to akceptujesz?

Uwielbiam swoje gitary ale one nie są najistotniejsze. Najważniejsze są piosenki, zespół oraz widownia. Te rzeczy liczą się najbardziej. Mogę wyjść na scenę z gitarą – zabawką za 50 dolców i zagrać koncert, ale jeśli włożę w to serce i publiczność będzie chciała tam być, to jestem pewien, że to będzie wyjątkowy wieczór.

Kilka lat temu byłem na twoim koncercie akustycznym, który odbył się w środku dnia w sklepie muzycznym w Berlinie. Grałeś na małej scenie umieszczonej pośród półek z płytami, było bardzo jasno, ludzie robili zakupy, całe otoczenie tego występu było dosyć nietypowe. Pamiętam nawet, że za twoimi plecami dwoje dzieciaków grało w Nintendo. Jednak pomimo tak dziwnych warunków, w jakich występowałeś, udało ci się stworzyć niepowtarzalny klimat.

To ciekawe, że i ty tam byłeś. Pamiętam ten występ. To była ta jedna z najdziwniejszych rzeczy jaką zrobiłem w życiu (śmiech).

Oczywiście wieczorny koncert z całym twoim zespołem również był świetny, lecz biorąc pod uwagę to, z czym musiałeś się zmagać, sposób w jaki zmieniłeś te dziwne okoliczności w coś bardzo bliskiego i wręcz intymnego był niesamowity.

Dziękuję, to bardzo miłe z twojej strony. Nie jest tak łatwo nie przejmować się rzeczami, które w zasadzie nie mają znaczenia. Mój przyjaciel ze Stanów prowadzi internetowy sklep muzyczny. Przed rozpoczęciem nagrywania mojej ostatniej płyty korespondowałem z nim o mikrofonach i innych technicznych rzeczach. To trwało jakiś czas, aż pewnego dnia on znienacka mi napisał: „Stary, po prostu nagraj tę płytę. Masz wszystko czego potrzebujesz. Nie musisz mieć niczego więcej, nie potrzebujesz kolejnej gitary.” I to mnie uderzyło. Zrozumiałem, że on ma całkowitą rację, a ja koncentruję się na niewłaściwych rzeczach. Tak naprawdę nie ma żadnego problemu z mikrofonem, gitary są świetne. Nie to jest najistotniejsze. Łatwo się o tych rzeczach zapomina. Nie zrozum mnie źle – chciałbym dzisiaj mieć swój sprzęt, ale nawet i bez niego jestem bardzo podekscytowany dzisiejszym koncertem, ponieważ wiem, że i tak będzie super.

IMG_4795Batman czuwa nad „tym” występem (Berlin, 2.2011)

Wspomniałeś o swojej ostatniej płycie “Pittsburgh”. Jest ona poświęcona twojej zmarłej babci. Dlaczego ona jest tak wyjątkową osobą w twoim życiu?

Byłem z nią bardzo blisko przez całe życie. Ona stanowiła bardzo ważną część mojego życia. Spędzaliśmy razem mnóstwo czasu zarówno kiedy byłem dzieciakiem, jaki i kiedy już byłem dorosły. Była bardzo szczodrą, uduchowioną osobą. Była honorowa, uparta i poświęcała się dla innych. Nigdy w życiu nie miałem poczucia, że jej na mnie nie zależy W stosunku do innych była taka sama. Na święto Dziękczynienia zapraszała do naszego domu bezdomnych. Wychowała pięcioro dzieci, moich wujków i ciocie i w sumie te pięć osób to najlepsi ludzie, jakich kiedykolwiek spotkałem w życiu. Była cudowna. Jej odejście było ogromną stratą dla mnie i dla całej naszej rodziny. Ale dobrze, że mogłem o niej napisać piosenki.

Jak podnieść się po takiej stracie? Ludzie mówią „życie się toczy dalej, wszystko będzie dobrze”.

Tak, te super pomocne porady (śmiech). Takie słowa zupełnie nie pomagają. Nie sądzę aby ktokolwiek wiedział jak się do tego zabrać. Myślę, że możesz jedynie albo stawić temu czoła albo uciec. Jedno prowadzi cię do dobrego miejsca, inne do niezbyt pozytywnego. Ja znajduję dużo pocieszenia w kontaktach z ludźmi, którym jestem bliski. Jednak im jestem starszy, tym liczba tych osób maleje, choć z drugiej strony intensywność tych relacji narasta, gdyż trwają one już przez 10, 20 czy 30 lat i to są ludzie, którzy naprawdę mnie znają. Są osoby, którzy znają mnie jako 30-kilku latka, ale są i tacy, pamiętający mnie jeszcze jako 8-latka. I to bardzo ważne mieć takie osoby w swoim życiu i być z nimi blisko. Utrata tych osób to w zasadzie jedna z najbardziej przerażających mnie sytuacji. Ja nie przejmuję się starzeniem. Czuję się z tym komfortowo, lecz myśląc o utracie osób, którzy mnie znają, czuję, jakby zanikała jakaś część mnie samego. Może dojść do momentu, że nie będzie nikogo kto wie, jaki byłem w dzieciństwie. To dosyć przerażające.

Jeśli chodzi zaś o sprawy takie jak śmierć, ja wciąż uważam że lepiej jest wyjść temu na przeciw niż od tego uciekać. Wolę śpiewać o takich sprawach niż o czymś innym. Lepiej się czuję, kiedy jestem tego świadomy, dzięki temu bardziej to kontroluję. Ważne jest by konfrontować te wszystkie trudności. To jest cała esencja filozofii egzystencjalnej – jeśli będziesz konfrontował się z lękiem lub śmiercią to będziesz czuł się lepiej, ponieważ będziesz wychodził naprzeciw prawdzie. Choć nie zawsze jest to przyjemne.

Wspomniałeś o kontroli; myślę, że coś w tym jest ponieważ dla przykładu, jeśli ja bym dostał nagle telefon z informacją, że ktoś mi bliski jest w szpitalu, a byłbym w tamtym momencie poza miastem, to miałoby to na mnie duży wpływ i zacząłbym się martwić, mieć wyobrażenia oraz poczucie winy, że niewiele mogę w tej sytuacji zrobić. Ale kiedy dotarłbym do tego szpitala i pomimo że tak naprawdę wciąż nie byłym w stanie wiele w tej sytuacji zaradzić, ale poprzez bezpośrednią obecność byłoby w tej sytuacji mniej strachu. Ona wciąż byłaby trudna, ale wszystko odczuwałbym bliżej.

Bliżej…. podoba mi się ta myśl. To dobra analogia. Myślę, że ja wciąż tego nie rozgryzłem. To są te nieuchronne sytuacje, których nie da się powstrzymać.

To prawda, choć istotne jest też to, jak ty sobie z tym radzisz i dla mnie twoja muzyka jest właśnie o tym; o dotykaniu tam, gdzie boli. Najpierw dotykasz sam siebie, a potem to uwalniasz, dzielisz się tym i ludzie się do tego odnoszą. Dla niektórych ludzi to może zabrzmieć dziwnie, ale wg.mnie poprzez dotykanie tych wszystkich bolących, wrażliwych miejsc u swoich słuchaczy, ty tak naprawdę im pomagasz. Działasz terapeutycznie. I dlatego twoja muzyka nie jest bardzo smutna. Ona jest po prostu bardzo wrażliwa.

Zgadzam się (śmiech). Nie spotkałem jeszcze osoby, która nie podeszłaby do tego w oparciu o jedną z tych skrajności. Ludzie odbierają moją muzykę bądź jako bardzo depresyjną i mroczną, bądź w ogóle czegoś takiego w niej nie słyszą. To dosyć dziwny i wyraźny podział, ale w zasadzie go lubię.

YouTube Preview Image

Czy czujesz odpowiedzialność w stosunku do twoich słuchaczy? Sposób, w jaki oni odbierają twoją muzykę jest bardzo osobisty i intymny, prawdopodobnie dzielą się również z tobą swoimi bardzo osobistymi przeżyciami, a zakładam że wielu z nich tak naprawdę ma bardzo kruchą duszę.

Jak każdy z nas.

Tak myślisz? Że każdy ma taką samą wrażliwość?

Zdecydowanie. Ty tak nie uważasz?

Powiedziałbym, że wszyscy mamy wrażliwość, lecz jej zakres różni się w zależności od osoby.

Myślę, że wiele osób w tym aspekcie po prostu nie mówi całej prawdy. Wiesz, ja przez większość czasu nie chcę być smutny. Czasami dobrze się z tym czuję, bo jest to znane mi uczucie z którym jestem oswojony, ale przez większą ilość czasu nie chcę się czuć czymś zdołowany. Szukam więc możliwości i okoliczności, które dają pozytywne emocje. Sądzę, że większość ludzi tak robi. Poszukujemy przede wszystkim przyjemności.

Ja mam takie spostrzeżenie, że dużo ludzi pragnie miłości i bliskości, ale jednocześnie boją się być zranieni i dlatego blokują pewne aspekty swego czucia, co w zasadzie jest dla mnie paradoksem, gdyż bycie człowiekiem polega przede wszystkim na czuciu. Nikt nie chce być skrzywdzony. Nikt tego świadomie nie szuka, lecz ból jest nieodłączną częścią odczuwania, tak jak noc jest integralną częścią doby.

To prawda. Są leki blokujące receptory bólu i one są bardzo niebezpieczne. Możesz włożyć rękę do pieca, oparzyć się, ale przy tym nic nie czuć, czyli nie mieć możliwości uniknięcia uszkodzenia ciała. Ból sam w sobie potrafi być produktywny. Może być przewodnikiem. Pozwala ci się lepiej poznać i nakierować na właściwą drogę. Gdy robię coś niedobrego, natura mnie zazwyczaj o tym poinformuje. Jeśli zjem coś, co nie powinienem, organizm da mi o tym znać. Masz rację. Taki paradoks istnieje, choć z drugiej strony sądzę też, że czasami dobrze jest oderwać się od tych wszystkich myśli i uczuć.

Już na zakończenie tego tematu przypomniał mi się właśnie jeden cytat David Lyncha, który powiedział kiedyś, że „To historie powinny zawierać cierpienie, nie ludzie”.

Wow, dobrze powiedziane.

11026304_700611433400615_2973300727072572557_oKrucha dusza…
Koncert Williama na Halfway Festival (Białystok, 06.2015)
fot. Michał Heller/oifp

Ok, a więc rozmawiamy o tych wszystkich poważnych i emocjonalnych tematach, ponieważ one są obecne w twojej muzyce, ale przez to, że jest to twój pierwszy koncert Polsce i prawdopodobnie większość ludzi jeszcze cię nie widziała na żywo, przypuszczam, że dziś wieczorem wielu z nich odczuje to samo co ja, kiedy po raz pierwszy byłem na twoim koncercie, a było to zaskoczenie. Byłem zaskoczony, ponieważ kiedy postrzega się ciebie tylko przez pryzmat twojej muzyki, to wydajesz się być bardzo uduchowioną i wrażliwą osobą. Oczywiście taki też naprawdę jesteś, ale kiedy wychodzisz na scenę, to nagle okazuje się, że jesteś również bardzo zabawnym i wyluzowanym gościem, bez skrępowania opowiadającym o tym, jak po wypiciu zbyt wielu piw zlałeś się w gacie albo o tym, co się stało, kiedy danego dnia zapomniałeś zażyć swój Prozac.

(śmiech) To prawda.

To zupełnie inny obraz niż ten wytworzony na podstawie tylko twojej muzyki, ale myślę, że właśnie to sprawia, iż jesteś bardzo przystępny, normalny i co najważniejsze niesamowicie prawdziwy.

Jakiś czas temu zrozumiałem, że nie jestem dobrym aktorem. Szczerze powiedziawszy przez pierwsze lata koncertowania tak naprawdę nie wiedziałem co mam robić na scenie. Wydawało mi się, że powinienem być tym gościem z piosenek, więc stałem tam i tylko grałem, ale po jakimś czasie uznałem, że to jest słabe i bardzo nudne. Kiedy więc po raz pierwszy byłem na scenie w pełni sobą, początkowo to było trochę dziwne, ale jednocześnie wyzwalające. Bardzo mi się to spodobało. Publiczność również pozytywnie na to zareagowała, pomyślałem więc czemu nie? Dlaczego nie mogę być w pełni sobą? Po co się chować? Wydaje mi się, że wielu artystów z różnych powodów skrywa się za pewną fasadą. Możliwe, że jest to odruch obronny, gdyż dla wielu osób występowanie na scenie jest dosyć stresujące, ale mnie taka postawa trochę irytuje. Myślę, że ludzie lepiej zrozumieją to, co chcesz im przekazać, jeśli zobaczą twój pełny obraz. I ja właśnie to próbuję robić. Pokazuję im kim naprawdę jestem – piosenkarzem, który uwielbia grać na gitarze, ale także gościem opowiadającym kawały o penisie (śmiech).

11337041_700611243400634_6075153568176858904_oPiosenkarz z pen… piwem w dłoni.
Halfway Festival (Białystok, 06.2015)
fot. Michał Heller/oifp

Czy wciąż uważasz się za aktywnego psychoterapeutę czy ta twoja działalność jest może zawieszona ze względu na twoją karierę muzyczną?

Tylko w sensie analitycznym w kontekście pisania piosenek, ale nie praktykowałem terapii od 10 lat.

Mając na uwadze twoje wykształcenie i doświadczenie zawodowe na tym polu, czy zgodziłbyś się ze stwierdzeniem, że większość osób, które chcą być terapeutami lub idą studiować psychologię…

Tak, to prawda. Wiem, o co chcesz zapytać.

…że robią to, ponieważ sami zmagają się z wewnętrznymi demonami?

W większości przypadków tak właśnie jest. W zasadzie byłoby to dla mnie zastanawiające, dlaczego ktoś chciałby to robić, jeśli sam nie miałby żadnych problemów.

Czy podobnie było z tobą?

Oczywiście. Pielęgniarki na oddziale psychiatrycznym, na którym pracowałem przez 4,5 roku, zawsze powtarzały, że najlepszym miejscem do ukrycia drzewa jest las. Każdy, kto pracował na tym piętrze; czy to była pielęgniarka, technik czy lekarz, wszyscy próbowaliśmy poradzić sobie z naszymi problemami.

Czy to rzeczywiście pomogło?

Nie. Polepszyło mi się dopiero wtedy, kiedy odpuściłem i sam poszedłem na terapię. Często tak jest, lekarze to najgorsi pacjenci itp. Myślałem, że mogę sobie z tym poradzić w sposób naukowy. Zawsze tak robiłem, czytałem książki, zdobywałem wiedzę, doszkalałem się. Poświeciłem na to ok. siedmiu lat, ale po upływie tego czasu byłem dokładnie w tym samym miejscu i stanie, co na początku. W rozsypce, w depresji, w lęku. Byłem totalnie rozwalony. Kiedy jednak w końcu odpuściłem i przyznałem się przed sobą, że nie wiem, co robię, że potrzebuję pomocy i rzeczywiście po nią sięgnąłem, to wszystko się polepszyło.

Czy spotkania z osobą posiadającą twoją wiedzę nie były dla twojego terapeuty wyzwaniem? Ty wiesz jak działają te mechanizmy i mogłeś tam pójść z nastawieniem, że i tak znasz sam siebie najlepiej.

Pod tym względem trochę obawiałem się samego siebie, ale kobieta, do której poszedłem była całkowitymn przeciwieństwem mnie. Ona nie skupiała się na żadnych procesach mózgowych, nie stosowała żadnych zabiegów akademickich czy intelektualnych. Nie było w tym żadnej teorii. To była uparta kobieta w średnim wieku, która dosadnie powiedziała mi, co jest ze mną nie tak. Pod względem książek i podręczników robiła wszystko źle, ale ja dokładnie tego potrzebowałem. Była ze mną szczera. Zaakceptowała mnie, ale nigdy nie pozwoliła sobie na żadne uniki z mojej strony i to mi pomogło.

To będzie trochę specyficzne pytanie i jest ono czysto hipotetyczne, ale mając na uwadze środowisko w którym się wychowałeś, czyli to, że oboje twoi rodzice są niewidomi, jeśli twoje życie byłoby uzależnione od utraty przez ciebie jednego zmysłu, to który byś wybrał – słuch czy wzrok?

To jest mocne pytanie…Wiesz, myślę, że skłaniałbym się by zachować wzrok.

Dlaczego?

Ponieważ bycie niewidomym mnie przeraża.

Ty to znasz.

I tak i nie.

Wiesz więcej niż inni.

To prawda, ale to jednak nie ja byłem niewidomy. Wiem, jak to jest być dzieckiem osoby niewidomej, ale tak naprawdę nie wiem jak to jest być niewidomym. Moi rodzice jednak nie wydaja się tym zbytnio przejmować.

Czy widziałeś, że mają z czymś problem, choć się do tego nie przyznawali?

Oczywiście. Mój tato wpadł raz do dziury na ulicy. Robotnicy wymieniali rury kanalizacyjne. Rozkopali cały chodnik, a miejsce prac zabezpieczyli tylko żółtą taśmą. To było w czasach, kiedy psy-przewodniki nie były jeszcze tak powszechne. Niewidomi używali głównie lasek, no ale laska pomaga sprawdzić tylko to, co jest przy ziemi. Z laską nie jesteś w stanie wyczuć zawieszonej wyżej taśmy i przez to mój tato wpadł do tej około dwumetrowej dziury. Na szczęście nic poważnego mu się nie stało, ale zaraz po tym zdarzeniu zadzwonił do szkółki psów i umówił się na spotkanie, żeby dostać przewodnika. I to jest śmieszna historia, a tak naprawdę miało miejsce znacznie więcej bardziej dramatycznych sytuacji. Mam świadomość, że jestem muzykiem i bez słuchu moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej, ale chyba jednak zostawiłbym wzrok, ponieważ niemożność zobaczenia tego, co jest przede mną, byłaby dla mnie czymś przerażającym.

Szczególnie kiedy już widziałeś świat. Czy twoi rodzice są niewidomi od urodzenia?

Oboje są wcześniakami. Urodzili się w siódmym miesiąc ciąży i to było 60 lat temu, kiedy technologia inkubacyjna nie była jeszcze na najwyższym poziomie. W tamtych czasach walczyło się głównie o płuca dziecka, bo w przypadku wcześniaka to ten organ jest najmniej rozwinięty. Zaraz po porodzie moi rodzice zostali więc umieszczeni w szklanych pojemnikach, które szczelnie wypełniono tlenem dla wzmocnienia płuc, ale tlen w dużych dawkach jest toksyczny. Moja mama straciła więc wzrok w zasadzie w kilka dni po aplikacji tlenu, a mojemu tacie został mocno uszkodzony wzrok, a we wczesnym dzieciństwie stracił go zupełnie. Jeśli poprosiłbyś więc moją mamę, by opisała jabłko, to odparłaby, że po prostu nie wie co to jest. Albo odpowiedziałaby, że ono jest czerwone, ale tylko dlatego, że tak ją uczyli w szkole.

Zastanawiam się nad tym czasem. Jak ludzie niewidomi od urodzenia postrzegają rzeczywistość? Jeśli powiesz im „to jest niebieskie” – co to tak naprawdę dla nich oznacza?

Nie oznacza nic. Miałem takie rozmowy z moją mamą o tym czym jest np. czerwień. Próbowałem jej to opisać, ale świat ludzi niewidomych działa na zupełnie innych zasadach. Czerwień jako kolor po prostu dla nich nie istnieje, nie ma takiego pojęcia w ich umyśle, co jest w zasadzie dosyć fascynujące.

Życie jest ciężkie. Doświadczamy różnych rzeczy i trudno jest czasem nie czuć gniewu. Zauważyłem, że ja ostatnio jestem wkurzony na to, że moi rodzice są niewidomi. Nie jestem pewien dlaczego, ale chyba chodzi o to, że zostali dziadkami i nie mogą zobaczyć swoich wnuków. Poza tym moja mama dowiedziała się niedawno, że tak naprawdę tego, co się jej przytrafiło można było uniknąć. Były inne metody, które lekarze mogli zastosować nawet w tamtych czasach, ale tego nie zrobili, więc wiesz… Ale wracając do sedna, to jest bardzo dobre pytanie, choć trudne. Myślę, że będzie mnie prześladować jeszcze przez jakiś czas.

Dziękuję za tą odpowiedź. Jeśli ja miałby wybrać, to zawsze uważałem, że zostawiłbym słuch, choć to, co teraz powiedziałeś dało mi do myślenia, ponieważ to zupełnie inna perspektywa na ten temat.

Dopóty, dopóki miałbym dłonie myślę, że dałbym sobie radę. Nawet gdybym nie mógł słyszeć, wciąż mógłbym grać na gitarze. W zasadzie zastanawiam się, kiedy Beethoven stracił słuch i wciąż komponował, czy opierał się na teorii muzyki czy była to dla niego bardziej matematyka. Wiesz, tu do kwinty dodam sekstę, a tam przejdziemy w septymę itd. A może było to jeszcze coś zupełnie innego?

Wydaje mi się, że mogło to działać w oparciu o połączenie jego wyobraźni i zdolności muzycznych. On pewnie potrafił wyobrazić sobie jak dana nuta by brzmiała, ale czy odczuwał ją w taki sam sposób, jak wtedy kiedy mógł ją usłyszeć, tego nie wiem.

Szkoda, że nie możemy go o to zapytać. To mogłaby być bardzo ciekawa odpowiedź.

Z pewnością. Ok, ostatnie pytanie. Zakończmy naszą rozmowę czymś lżejszym. Jesteś artystą, piosenkarzem, osobą, która tworzy i wydaje mi się, że każdy proces twórczy jest czynnością, która nie dzieje się na zawołanie. Raczej nie siadasz przy stole i nie postanawiasz, że właśnie teraz coś stworzysz. Bardziej jest to chyba stały proces przepływu myśli, otwarcia na stymulacje, podążanie za niespodziewanymi impulsami. Chciałbym więc cię zapytać czy zdarzyła ci się jakaś dziwna sytuacja lub nietypowe miejsce, kiedy wpadł ci pomysł na piosenkę, który został w rzeczywistości przełożony na utwór i czy mógłbyś podać jakiś konkretny przykład?

Szczerze powiedziawszy to się dzieje cały czas. Pod względem biologicznym to zwykle następuje wtedy, kiedy płat czołowy nie jest dobrze połączony z resztą twojego mózgu. Płat czołowy to ośrodek oceny, rozwagi, to miejsce, którego działanie jest blokowane kiedy np. jesteś pijany. Wtedy receptory nie są w stanie szybko otrzymywać i wysłać informacji do twojego mózgu, ale to dokładnie właśnie w takich momentach, kiedy jestem np. bardzo zmęczony, zły lub smutny, nachodzą mnie nietypowe myśli i staram się za nimi podążać.

Jeden z niedawnych przykładów, jaki mogę podać to podróż do Pittsburga na pogrzeb mojej babci. Ta sytuacja pojawia sie nawet w pierwszej linijce tekstu jednej z piosenek na płycie: “Kiedy jechaliśmy autostradą numer 85…“ To właśnie wtedy podczas tej jazdy zdałem sobie nagle sprawę, że jadę bardzo szybko. Pędzę jak szalony tą autostradą, ale w zasadzie po co? Przecież to już nieistotne kiedy tam dojadę. Sytuacja i tak się nie zmieni i będę musiał stawić czoła temu, co mnie czeka na końcu tej podróży. To było dosyć intensywne doświadczenie, 12-godzinna podróż samochodem. Byłem zmęczony, by nie zasnąć cały czas piłem red bulle i kawę, ale to jest jedna z tych sytuacji, o których mówiłem wcześniej. Umysł z jednej strony znajduje się w dziwnym stanie, a z drugiej jest bardzo otwarty na różne impulsy. Wg. mnie chodzi właśnie o takie przekroczenie samego siebie, wyjście poza siebie, usunięcie “ja” z drogi swoich myśli. To nie jest proste, ale tak jak powiedziałeś, jeśli będziesz na to otwarty i postawisz siebie w sytuacji, w której masz interakcję z innymi ludźmi, to na pewno do ciebie przyjdzie.

Rozmawiał: Krzysztof Bienkiewicz

„..As we drive down North of 85

Passing state lines like a ghost

As if you might still be alive..”

YouTube Preview Image

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
Możliwość komentowania Wywiad – William Fitzsimmons została wyłączona
 

Komentowanie wyłączone.

 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.